Pod łapami czułam miękką, nagrzaną od słońca ziemię. Czułam na pysku promienie słońca. W uszach słyszałam delikatny szum liści poruszanych wiatrem, świergot słowików i stukanie dzięciołów. W trawie niedaleko buszowała mała polna mysz. W powietrzu unosił się zapach trawy, ziemi i dzikich kwiatów. Widziałam... widziałam nic. Pustkę.
Od urodzenia jestem niewidoma. Niestety nie znam swojej rodziny. Zostałam porzucona jako szczenię. Sama nie wiem jak sobie dotychczas radziłam. Może tylko dzięki Noir nadal żyję?
Od roku szukam watahy. Niestety, żadna dotychczas nie chciała mnie przyjąć ze względu na moje kalectwo. Nie chcieli kolejnego wilka, którego trzeba by było dokarmiać. Podróżowałam tak bardzo długo. Nie wiem, czy to były tygodnie, miesiące, a może lata?
Żywiłam się tym, co znalazł mi Noir. Często i gęsto były to niedokończone resztki posiłku innych wilków, czyli same kości, czasami skóra i drobinki mięsa. Nauczyłam się po zapachu rozpoznawać jadalne, lecznicze oraz trujące rośliny. Te jadalne jadłam, żeby zaspokoić głód spowodowanym brakiem mięsnego pokarmu.
Pewnego dnia kiedy leżałam w trawie słuchając świergotu ptaków poczułam czyjąś obecność. Obecność wilka. Powoli wstałam, Noir siedział delikatnie na mojej głowie, lecz po chwili zerwał się i zaczął krakać mi do ucha.
-Et cessabit Noir. (uspokój się Noir) - uciszyłam przyjaciela. - Jest tu kto? - powiedziałam, starając wyczuć z której strony stoi ów wilk. Aura postaci mówiła mi, że zbliża się z mojej lewej strony.
-Witaj, jestem Dream. - z głosu wywnioskowałam, że ten wilk jest waderą.
-Rozalia. - powiedziałam krótko lekko przestraszona obecnością wilczycy. Nie wiedziałam jakie ma zamiary, czy mnie zaatakuje czy po prostu chce ze mną porozmawiać. - A mój towarzysz to Noir. Przepraszam, jeśli weszłam na twój teren. Nie wiedziałam...
< Dream? ^.^ >
sobota, 1 marca 2014
Od Dream CD Mirificusa
Oczywiście, że poszłam za nim. Tunel zdawał się nie mieć końca, brak jakiegokolwiek światła również nas spowalniał, musieliśmy trzymać się blisko ścian uważając jednocześnie pod nogi. Z czasem gładka posadzka stawała się coraz mniej gładka i, szczerze, wolałam nie wiedzieć co się na niej znajdowało. Wystarczyła mi świadomość, że wplątałam się kilka razy w pajęczyny i nie mogłam pozbyć się wrażenia, że coś wędruje po mojej lewej ręce.
Oszczędzałam też siły na czarowanie czegoś ważniejszego niż grupa świetlików. Coś mi podpowiadało, że to nie jest zwyczajna piwnica czy choćby droga ucieczki poza miejskie mury.
W końcu jednak udało nam się dojść do tego, czemu ktoś ukrywał ten tunel. Jak do tej pory słyszałam jedynie własne i Mirificusa kroki, w tamtej jednak chwili do moich uszu dotarł zupełnie inny dźwięk - głośne wycie wilka. Nie było co do tego wątpliwości.
Minęliśmy kolejny zakręt i w oddali ukazało się światło. Nie było to jednak słońce. Rozpoznałam jasny blask błękitnej rudy. W normalnych warunkach byłoby to możliwe dopiero po uderzeniu kamienia. Aby świecił nieprzerwanie należało poddać go skomplikowanej obróbce, na której znało się niewiele osób, z tego powodu był to drogi materiał. Skoro znalazł się tutaj, musi to być raczej dość ważne miejsce i nie zostałoby pozostawione samemu sobie. Teoretycznie. Mieliśmy szczęście i do wielkiej sali weszliśmy bez problemów.
Naszym oczom ukazała się wielka jaskinia, której centrum stanowiła arena z wyrytymi runicznymi znakami. Krąg przedzielony był na dwie połowy - poza układem znaków różniły się tym, że tylko na jednej części stał niewysoki, kamienny postument. Dookoła areny piętrzyły się drewniane konstrukcje, które wyglądały na obszerne trybuny. W tej chwili prócz nas nie było na nich żywej duszy.
Rozległo się kolejne wycie. Dzięki temu zdołałam namierzyć właściwe drzwi, jedne z kilku, które znajdowały się po drugiej stronie jaskini. Nie czekając dłużej pobiegliśmy przed siebie.
Po chwili staliśmy w dość długim i szerokim korytarzu. Na przeciwko nas wypatrzyłam kolejne drzwi, największe z wszystkich, które tu widziałam. Po środku sufit podtrzymywały dwa rzędy zdobionych kolumn. Nie to jednak najbardziej zwróciło moją uwagę. Wstrzymałam na chwilę oddech widząc ustawione przy bocznych ścianach korytarza liczne klatki. Najgorsze było to, że nie były puste...
Podbiegłam do najbliżej znajdującego się wilka. Choć był słaby, dał radę wydać z siebie cichy warkot. Zaraz potem dołączyła do niego reszta więźniów.
-Spokojnie -szepnęłam i zaraz potem wymówiłam słowa znanego powszechnie pozdrowienia. Zgodnie z rodzajem zaklęcia jakie na nas rzuciłam, pomimo zmiany postaci nadal mogliśmy rozmawiać z wilkami-Jesteśmy przyjaciółmi.
Zamiast odpowiedzi usłyszałam tylko głośniejszy warkot.
-Jak to możliwe... -odezwał się natomiast głos obok. Młoda wadera przysunęła się bliżej krat- Rozumiesz nas? Przecież jesteś...
-Zmienionym w człowieka wilkiem. To długa historia -kucnęłam obok jej klatki. Kamień spadł mi z serca, przez chwilę bowiem poważnie zastanawiałam się, czy na pewno u żyłam odpowiedniego zaklęcia- Odpowiedz mi szybko na kila pytań. Gdzie są ludzie?
-Dosłownie chwile temu wyszli przez tamte drzwi -wskazała na odległe, wielkie wrota- Prowadzą na zewnątrz. Przyprowadzili nowego i odeszli.
-Wiesz, gdzie trzymają tu klucze?
-Środkowa skrzynka przy wyjściu, przynajmniej tak pamiętam. Jest zabezpieczona szyfrem. Spytajcie kogoś, kto siedzi bliżej i mógł go podpatrzeć -zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Mirificus biegł już, żeby się tym zająć- Na prawdę nas uwolnicie? -spytała wilczyca spytała z nadzieją.
-Przynajmniej mam taki zamiar -potaknęłam- Od jak dawna tu jesteś?
-Już nie pamiętam... -pokręciła głową- Na pewno nie tak długo jak on -zwróciła wzrok na małomównego sąsiada- Któregoś dnia zaprowadzili go do wielkiej sali a gdy wrócił... Od tamtej pory nie odezwał się ani słowem.
Przygryzłam wargę.
-Tak jak myślałam...
-To tutaj odbierają nam magię i przelewają ją w kryształy -dokończył za mnie- Wszyscy byśmy tak skończyli, gdyby nie wy!
-Jeszcze nic nie zrobiliśmy -poprawiłam- A nie mogliście sami użyć magii, żeby się uwolnić?
-Niestety, to miejsce chroni inne zaklęcie, które nie pozwala nam używać własnych.
Mirificus przyszedł z kluczami i otworzył klatkę, w której przebywał wilk, później wilczyca, a potem właściwie jakieś pięćdziesiąt innych zamków. Zza krat wyłaniały się postacie w różnym wieku, zdrowe, trochę mniej zdrowe, niemal wszyscy jednak byli w stanie iść o własnych nogach. Wyjątkiem były dwa czarne szczeniaki. Leżały nieprzytomne i nie daliśmy rady ich obudzić.
-Mogły dostać za dużo środka usypiającego, którego używają łowcy -wyjaśnił któryś z uwolnionych już wilków- Widać były wyjątkowo waleczne.
Wzięliśmy je więc na ręce i tak wielką grupą skierowaliśmy się do wyjścia.
Jak tylko otworzyliśmy wrota, przed nami stanęli uzbrojeni, lecz przerażeni strażnicy. Nic dziwnego, w końcu teraz, gdy wilki nie ograniczało już zaklęcie dały pokaz swoich zdolności. W ten sposób zostaliśmy znów sami.
Oprócz tych dwóch nieprzytomnych szczeniaków każdy miał dokąd wracać. Na przykład ta pierwsza wilczyca, z którą rozmawiałam, miała na imię Nedarya, odnalazła się w tłumie ze swoim narzeczonym i razem z nim wróciła do swojej Watahy Zielonych Koniczyn, gdzieś daleko na północ stąd.
I nam trzeba było już wracać do siebie. Po usłyszeniu mnóstwa razy "dziękuję" skierowaliśmy się do Lasu Chetwood. Już na czterech łapach.
Gdybym nie trzymała na grzbiecie małej, podskoczyłabym z radości wysoko do góry. Wszystkie kwiaty dookoła nas zakwitły reagując na moje emocje. Jak dobrze znów być we własnej skórze!
Postanowiliśmy, że szczeniaki weźmiemy do Taigi, ona na pewno będzie potrafiła się nimi zająć. A potem... kto wie? Może zostaną w Watasze?
Jedno jednak było pewne: nasza wyprawa zakończyła się powodzeniem. Zdobyliśmy potrzebną książkę (a nawet kilka innych dodatkowych), uwolniliśmy magiczne wilki i przede wszystkim uszliśmy tego wszystkiego z życiem.
<THE END, chyba że chcesz Mirificus coś jeszcze dodać ;3>
Oszczędzałam też siły na czarowanie czegoś ważniejszego niż grupa świetlików. Coś mi podpowiadało, że to nie jest zwyczajna piwnica czy choćby droga ucieczki poza miejskie mury.
W końcu jednak udało nam się dojść do tego, czemu ktoś ukrywał ten tunel. Jak do tej pory słyszałam jedynie własne i Mirificusa kroki, w tamtej jednak chwili do moich uszu dotarł zupełnie inny dźwięk - głośne wycie wilka. Nie było co do tego wątpliwości.
Minęliśmy kolejny zakręt i w oddali ukazało się światło. Nie było to jednak słońce. Rozpoznałam jasny blask błękitnej rudy. W normalnych warunkach byłoby to możliwe dopiero po uderzeniu kamienia. Aby świecił nieprzerwanie należało poddać go skomplikowanej obróbce, na której znało się niewiele osób, z tego powodu był to drogi materiał. Skoro znalazł się tutaj, musi to być raczej dość ważne miejsce i nie zostałoby pozostawione samemu sobie. Teoretycznie. Mieliśmy szczęście i do wielkiej sali weszliśmy bez problemów.
Naszym oczom ukazała się wielka jaskinia, której centrum stanowiła arena z wyrytymi runicznymi znakami. Krąg przedzielony był na dwie połowy - poza układem znaków różniły się tym, że tylko na jednej części stał niewysoki, kamienny postument. Dookoła areny piętrzyły się drewniane konstrukcje, które wyglądały na obszerne trybuny. W tej chwili prócz nas nie było na nich żywej duszy.
Rozległo się kolejne wycie. Dzięki temu zdołałam namierzyć właściwe drzwi, jedne z kilku, które znajdowały się po drugiej stronie jaskini. Nie czekając dłużej pobiegliśmy przed siebie.
Po chwili staliśmy w dość długim i szerokim korytarzu. Na przeciwko nas wypatrzyłam kolejne drzwi, największe z wszystkich, które tu widziałam. Po środku sufit podtrzymywały dwa rzędy zdobionych kolumn. Nie to jednak najbardziej zwróciło moją uwagę. Wstrzymałam na chwilę oddech widząc ustawione przy bocznych ścianach korytarza liczne klatki. Najgorsze było to, że nie były puste...
Podbiegłam do najbliżej znajdującego się wilka. Choć był słaby, dał radę wydać z siebie cichy warkot. Zaraz potem dołączyła do niego reszta więźniów.
-Spokojnie -szepnęłam i zaraz potem wymówiłam słowa znanego powszechnie pozdrowienia. Zgodnie z rodzajem zaklęcia jakie na nas rzuciłam, pomimo zmiany postaci nadal mogliśmy rozmawiać z wilkami-Jesteśmy przyjaciółmi.
Zamiast odpowiedzi usłyszałam tylko głośniejszy warkot.
-Jak to możliwe... -odezwał się natomiast głos obok. Młoda wadera przysunęła się bliżej krat- Rozumiesz nas? Przecież jesteś...
-Zmienionym w człowieka wilkiem. To długa historia -kucnęłam obok jej klatki. Kamień spadł mi z serca, przez chwilę bowiem poważnie zastanawiałam się, czy na pewno u żyłam odpowiedniego zaklęcia- Odpowiedz mi szybko na kila pytań. Gdzie są ludzie?
-Dosłownie chwile temu wyszli przez tamte drzwi -wskazała na odległe, wielkie wrota- Prowadzą na zewnątrz. Przyprowadzili nowego i odeszli.
-Wiesz, gdzie trzymają tu klucze?
-Środkowa skrzynka przy wyjściu, przynajmniej tak pamiętam. Jest zabezpieczona szyfrem. Spytajcie kogoś, kto siedzi bliżej i mógł go podpatrzeć -zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Mirificus biegł już, żeby się tym zająć- Na prawdę nas uwolnicie? -spytała wilczyca spytała z nadzieją.
-Przynajmniej mam taki zamiar -potaknęłam- Od jak dawna tu jesteś?
-Już nie pamiętam... -pokręciła głową- Na pewno nie tak długo jak on -zwróciła wzrok na małomównego sąsiada- Któregoś dnia zaprowadzili go do wielkiej sali a gdy wrócił... Od tamtej pory nie odezwał się ani słowem.
Przygryzłam wargę.
-Tak jak myślałam...
-To tutaj odbierają nam magię i przelewają ją w kryształy -dokończył za mnie- Wszyscy byśmy tak skończyli, gdyby nie wy!
-Jeszcze nic nie zrobiliśmy -poprawiłam- A nie mogliście sami użyć magii, żeby się uwolnić?
-Niestety, to miejsce chroni inne zaklęcie, które nie pozwala nam używać własnych.
Mirificus przyszedł z kluczami i otworzył klatkę, w której przebywał wilk, później wilczyca, a potem właściwie jakieś pięćdziesiąt innych zamków. Zza krat wyłaniały się postacie w różnym wieku, zdrowe, trochę mniej zdrowe, niemal wszyscy jednak byli w stanie iść o własnych nogach. Wyjątkiem były dwa czarne szczeniaki. Leżały nieprzytomne i nie daliśmy rady ich obudzić.
-Mogły dostać za dużo środka usypiającego, którego używają łowcy -wyjaśnił któryś z uwolnionych już wilków- Widać były wyjątkowo waleczne.
Wzięliśmy je więc na ręce i tak wielką grupą skierowaliśmy się do wyjścia.
Jak tylko otworzyliśmy wrota, przed nami stanęli uzbrojeni, lecz przerażeni strażnicy. Nic dziwnego, w końcu teraz, gdy wilki nie ograniczało już zaklęcie dały pokaz swoich zdolności. W ten sposób zostaliśmy znów sami.
Oprócz tych dwóch nieprzytomnych szczeniaków każdy miał dokąd wracać. Na przykład ta pierwsza wilczyca, z którą rozmawiałam, miała na imię Nedarya, odnalazła się w tłumie ze swoim narzeczonym i razem z nim wróciła do swojej Watahy Zielonych Koniczyn, gdzieś daleko na północ stąd.
I nam trzeba było już wracać do siebie. Po usłyszeniu mnóstwa razy "dziękuję" skierowaliśmy się do Lasu Chetwood. Już na czterech łapach.
Gdybym nie trzymała na grzbiecie małej, podskoczyłabym z radości wysoko do góry. Wszystkie kwiaty dookoła nas zakwitły reagując na moje emocje. Jak dobrze znów być we własnej skórze!
Postanowiliśmy, że szczeniaki weźmiemy do Taigi, ona na pewno będzie potrafiła się nimi zająć. A potem... kto wie? Może zostaną w Watasze?
Jedno jednak było pewne: nasza wyprawa zakończyła się powodzeniem. Zdobyliśmy potrzebną książkę (a nawet kilka innych dodatkowych), uwolniliśmy magiczne wilki i przede wszystkim uszliśmy tego wszystkiego z życiem.
<THE END, chyba że chcesz Mirificus coś jeszcze dodać ;3>
czwartek, 6 lutego 2014
Od Animae CD Nasira
Pierwsza noc odkąd wyruszyliśmy okazała się być przyjemnie ciepła i cieszyłam się, że dzięki wyprawie w nieznane miałam pretekst, by spać pod gołym niebem. Znaleźliśmy przytulne miejsce tuż przy wartkim strumyku, osłonięte bujną roślinnością od reszty świata, po czym położyliśmy się blisko siebie, nie mając nawet sił na rozmowę. Sanguis zaczął chrapać, gdy tylko zamknął powieki, a Nasir zawtórował mu minutę później. Odwróciłam się na plecy, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo i poddając się ogarniającemu mnie zmęczeniu.
Mój sen zaczął się zwyczajnie. Tropiłam dzikiego królika, który raz po raz migał mi między drzewami, jakby się ze mną drażnił. Podążając jego śladem, dotarłam do niewielkiej, obsypanej kwiatami polanki i zatrzymałam się, chłonąc opływające mnie zapachy. Gdy otworzyłam oczy, otaczali mnie łowcy – każdy z nich trzymał wycelowaną w moim kierunku kuszę, a ich oczy lśniły czystą nienawiścią. Ponownie zamknęłam powieki, ale obraz nie zniknął. Najeżyłam sierść, szczerząc kły i postanawiając, że nie poddam się bez walki. Pierwszy z łowców sięgnął po miecz, ale wtedy przed oczami mignął mi szary kształt i na mężczyznę rzuciła się smukła i zwinna wilczyca. Nie widziałam wyrazu jej pyska, ale słyszałam stłumiony krzyk łowcy, który po kilku sekundach zamienił się w bolesne jęki konającego. Wilczyca stanęła nad jego ciałem, oblizując się umoczonym we krwi językiem i ignorując mierzących do nas ludzi. Patrzyła mi prosto w oczy i chociaż nie potrafiłam przywołać ani jednego ostrego wspomnienia dotyczącego jej osoby, doskonale wiedziałam, kim była.
Moja matka pochyliła lekko głowę, szczerząc kły i wpatrując się we mnie wyczekująco.
Obudziłam się gwałtownie, przewracając się na brzuch i łapczywie łapiąc hausty chłodnego powietrza.
- To był tylko sen, to był tylko sen, to był tylko sen. – powtarzałam cicho, dysząc z wysiłkiem – Kolejny koszmar z rodzaju tych, jakie miewam co noc. Tylko sen, nic więcej.
Ale doskonale wiedziałam, że te słowa mnie nie uspokoją. Wypowiadałam je po każdym kolejnym koszmarze, a potem kładłam się z powrotem, marząc o śnie i jednocześnie się jego bojąc. Tym razem jednak nie byłam w stanie zasnąć ponownie. Spojrzałam na śpiącego spokojnie Sanguisa, a potem odwróciłam się, by zerknąć na Nasira, ale wilka nie było obok mnie. Zmarszczyłam brwi i wstałam, rozciągając zdrętwiałe mięśnie. Weszłam do strumienia, unosząc łeb i przymykając powieki. Czekałam, aż spokojne odgłosy uśpionego i czujnego jednocześni lasu uspokoją moje łomoczące serce.
- Animae?
Otworzyłam oczy, ale nie odwróciłam się, rozpoznawszy głos Nasira.
- Wszystko w porządku? – spytał wilk z troską.
- Czy wilczyca, która wstaje w środku nocy, żeby postać sobie z łapami w strumieniu i posłuchać wiatru to naprawdę aż tak dziwny widok?
Mogłabym przysiąc, że słyszałam, jak się uśmiecha. Odwróciłam się zwinnie, ochlapując go wodą.
- Często budzisz się, żeby postać w strumieniu? – zapytał Nasir uprzejmie, uchylając się jednocześnie przed szybującymi w jego stronę kropelkami.
- Coś mi mówi, że nie byłby to najdziwniejszy wilczy zwyczaj, jaki widziałeś. – odpowiedziałam, uśmiechając się blado.
- Prawdopodobnie nie. – przyznał.
- A ty co robisz na nogach o tej porze?
- Obudziłem się i nie mogłem już zasnąć. Wstałem, żeby się przespacerować i właśnie miałem wracać, ale moja nadzieja, że po prostu zasnę u twego boku, legła w gruzach, gdy cię tu zobaczyłem.
- Wszystko jeszcze przed nami. – mruknęłam, rzucając mu rozbawione spojrzenie.
- Więc może spacer? – zaproponował, wyciągając łapę w moim kierunku.
Kiwnęłam głową. Weszliśmy w las, idąc tak blisko siebie, że czułam jak nasze barki ocierają się o siebie.
- Co ci się śniło? – spytał cicho.
- Skąd wiesz…?
- Łatwo odczytać twoje emocje. Byłaś przygnębiona i przestraszona, ale nie zszokowana. Często miewasz takie koszmary, prawda?
- Co noc. – westchnęłam, wpatrując się we własne łapy.
- Chcesz powiedzieć mi, co ci się śniło?
- Właściwie zawsze śnię o tym samym. Dzisiaj po raz pierwszy zobaczyłam łowców, ale to nie oni byli najważniejsi.
Nasir milczał, wpatrując się we mnie badawczo. Nawet nie zauważyłam, kiedy doszliśmy do niewielkiej polanki i zatrzymaliśmy się na jej obrzeżu.
- Czasami jest tylko moja matka, tak jak dzisiaj. – powiedziałam stłumionym głosem – Czasami jest też mój ojciec. Zmienia się sceneria, ale zawsze robią to samo: mordują. W mojej obronie albo w moim towarzystwie, czasem nawet bez świadomości, że jestem obok.
- Czy to tak ich zapamiętałaś?
- Pamiętam ich ciepło, pamiętam smak mleka mojej matki, pamiętam leżenie w objęciach ojca... Nigdy nie widziałam ich polujących, zawsze przynosili zdobycze do mnie. - zawahałam się – A potem już ich nie było i od tego czasu widuje tylko ich wypaczone wizerunki w koszmarach sennych. Dlaczego tak się dzieje…?
Nasir westchnął cicho.
- Kojarzysz ich z bólem i stratą. – powiedział łagodnie – Może twój umysł przekształca te emocje w strach i dlatego pokazuje ci takie a nie inne obrazy.
- Przyzwyczaiłam się, że budzą mnie sny z krwią ich ofiar w roli głównej. – wyznałam – Ale wciąż nie potrafię tego zrozumieć. Nie byli mordercami.
- Oczywiście, że nie. – żachnął się mój towarzysz – Jesteś ich córką i to ty wiesz najlepiej.
Spojrzałam na niego z wdzięcznością. Uśmiechnął się, ale zanim zdążyłam odwzajemnić uśmiech, moje uszy zanotowały coś niepasującego do leśnego otoczenia.
Wychwycił ten dźwięk sekundę wcześniej niż ja. Następne, co poczułam, to jego ciało przygniatające mnie do ziemi i przekleństwa łowców, których bełt tkwił teraz w korze potężnego dębu.
Dokładnie tam, gdzie przed chwilą stałam.
- Animae! – głos Nasira obudził mnie z odrętwienia. Poderwałam się szybko, uchylając się przed kolejnym pociskiem. Jak łowcy nas znaleźli...? Nie mogli wiedzieć, że opuściliśmy nasz teren. Cóż, teraz już wiedzieli i bynajmniej im się to nie podobało. Na polanę wpadł czarny koń, którego jeździec trzymał wycelowaną w nas kuszę. Musiało być ich więcej, słyszałam tętent kopyt i ludzkie nawoływania. Nasir zaklął cicho. Odwróciliśmy się oboje i puściliśmy się biegiem przed siebie, kierując się w stronę strumienia. Kolejny bełt minął liznął moje ucho. Łowcy byli coraz bliżej.
- Tutaj! – krzyk goniącego nas mężczyzny był przepełniony nienawiścią. Usłyszałam głuchy odgłos, jaki jego buty wydały po zetknięciu z ziemią, a następnie świst kolejnego pocisku.
- Na bok! – Nasir wepchnął mnie między drzewa, ale moją jedyną myślą było, że nie zdążymy.
Powietrze przeszył okrzyk bólu i znajomy czarny kształt wyskoczył z pomiędzy drzew.
- Sanguisie! – wrzasnęłam.
Wilk rzucił się biegiem za nami, pozostawiając w tyle leżącego w kałuży krwi łowcę. Mknęliśmy lasem, wsłuchując się czujnie z odgłosy pościgu i skupiając się na nie tak łatwym zadaniu omijania drzew. Zza horyzontu zaczęło wyłaniać się czerwone słońce i trochę żałowałam, że nie mam czasu na podziwianie krajobrazu.
Biegnąć tuż obok strumienia nieoczekiwanie znaleźliśmy się na brzegu rzeki. Nie była szeroka, ale głęboka owszem.
- To nasza szansa. – warknął Sanguis, nie zwalniając ani na moment. – Będą musieli przeprowadzić konie przez bród, a trochę czasu im zajmie, zanim go w ogóle znajdą. Szybko! Animae, pomóż mi, musimy udźwignąć Nasira.
- Zwariowałeś? – zainteresował się wilk – Mogę przepłynąć.
- Tak, ponieważ mamy mnóstwo czasu na badanie nurtu, szukanie wirów i przeprawianie się przez te głazy. To tylko kilkoro uzbrojonych po zęby łowców.
- Sanguisie, puść mnie w tej chwili!
- Nasir, nie mamy czasu! – popędziłam go – Po prostu złap się mnie.
Wilk spojrzał na mnie podejrzliwie, ale posłuchał, wczepiając się we mnie mocno. Wystartowałam, na wpół lecąc, na wpół go holując, tak że gdy wylądowaliśmy po drugiej stronie miał do połowy zamoczoną sierść.
- Między drzewa, szybko! – zakomenderował Sanguis. Posłuchaliśmy go, znikając ludziom z oczu w momencie, w którym dopadli rzeki. Słyszeliśmy jeszcze ich pełne przekleństw okrzyki i kilka pojedynczych bełtów wbijających się w drzewa, ale nie zatrzymywaliśmy się, a odgłosy pościgu szybko zostały za nami.
< Nasir, dokończysz?>
Mój sen zaczął się zwyczajnie. Tropiłam dzikiego królika, który raz po raz migał mi między drzewami, jakby się ze mną drażnił. Podążając jego śladem, dotarłam do niewielkiej, obsypanej kwiatami polanki i zatrzymałam się, chłonąc opływające mnie zapachy. Gdy otworzyłam oczy, otaczali mnie łowcy – każdy z nich trzymał wycelowaną w moim kierunku kuszę, a ich oczy lśniły czystą nienawiścią. Ponownie zamknęłam powieki, ale obraz nie zniknął. Najeżyłam sierść, szczerząc kły i postanawiając, że nie poddam się bez walki. Pierwszy z łowców sięgnął po miecz, ale wtedy przed oczami mignął mi szary kształt i na mężczyznę rzuciła się smukła i zwinna wilczyca. Nie widziałam wyrazu jej pyska, ale słyszałam stłumiony krzyk łowcy, który po kilku sekundach zamienił się w bolesne jęki konającego. Wilczyca stanęła nad jego ciałem, oblizując się umoczonym we krwi językiem i ignorując mierzących do nas ludzi. Patrzyła mi prosto w oczy i chociaż nie potrafiłam przywołać ani jednego ostrego wspomnienia dotyczącego jej osoby, doskonale wiedziałam, kim była.
Moja matka pochyliła lekko głowę, szczerząc kły i wpatrując się we mnie wyczekująco.
Obudziłam się gwałtownie, przewracając się na brzuch i łapczywie łapiąc hausty chłodnego powietrza.
- To był tylko sen, to był tylko sen, to był tylko sen. – powtarzałam cicho, dysząc z wysiłkiem – Kolejny koszmar z rodzaju tych, jakie miewam co noc. Tylko sen, nic więcej.
Ale doskonale wiedziałam, że te słowa mnie nie uspokoją. Wypowiadałam je po każdym kolejnym koszmarze, a potem kładłam się z powrotem, marząc o śnie i jednocześnie się jego bojąc. Tym razem jednak nie byłam w stanie zasnąć ponownie. Spojrzałam na śpiącego spokojnie Sanguisa, a potem odwróciłam się, by zerknąć na Nasira, ale wilka nie było obok mnie. Zmarszczyłam brwi i wstałam, rozciągając zdrętwiałe mięśnie. Weszłam do strumienia, unosząc łeb i przymykając powieki. Czekałam, aż spokojne odgłosy uśpionego i czujnego jednocześni lasu uspokoją moje łomoczące serce.
- Animae?
Otworzyłam oczy, ale nie odwróciłam się, rozpoznawszy głos Nasira.
- Wszystko w porządku? – spytał wilk z troską.
- Czy wilczyca, która wstaje w środku nocy, żeby postać sobie z łapami w strumieniu i posłuchać wiatru to naprawdę aż tak dziwny widok?
Mogłabym przysiąc, że słyszałam, jak się uśmiecha. Odwróciłam się zwinnie, ochlapując go wodą.
- Często budzisz się, żeby postać w strumieniu? – zapytał Nasir uprzejmie, uchylając się jednocześnie przed szybującymi w jego stronę kropelkami.
- Coś mi mówi, że nie byłby to najdziwniejszy wilczy zwyczaj, jaki widziałeś. – odpowiedziałam, uśmiechając się blado.
- Prawdopodobnie nie. – przyznał.
- A ty co robisz na nogach o tej porze?
- Obudziłem się i nie mogłem już zasnąć. Wstałem, żeby się przespacerować i właśnie miałem wracać, ale moja nadzieja, że po prostu zasnę u twego boku, legła w gruzach, gdy cię tu zobaczyłem.
- Wszystko jeszcze przed nami. – mruknęłam, rzucając mu rozbawione spojrzenie.
- Więc może spacer? – zaproponował, wyciągając łapę w moim kierunku.
Kiwnęłam głową. Weszliśmy w las, idąc tak blisko siebie, że czułam jak nasze barki ocierają się o siebie.
- Co ci się śniło? – spytał cicho.
- Skąd wiesz…?
- Łatwo odczytać twoje emocje. Byłaś przygnębiona i przestraszona, ale nie zszokowana. Często miewasz takie koszmary, prawda?
- Co noc. – westchnęłam, wpatrując się we własne łapy.
- Chcesz powiedzieć mi, co ci się śniło?
- Właściwie zawsze śnię o tym samym. Dzisiaj po raz pierwszy zobaczyłam łowców, ale to nie oni byli najważniejsi.
Nasir milczał, wpatrując się we mnie badawczo. Nawet nie zauważyłam, kiedy doszliśmy do niewielkiej polanki i zatrzymaliśmy się na jej obrzeżu.
- Czasami jest tylko moja matka, tak jak dzisiaj. – powiedziałam stłumionym głosem – Czasami jest też mój ojciec. Zmienia się sceneria, ale zawsze robią to samo: mordują. W mojej obronie albo w moim towarzystwie, czasem nawet bez świadomości, że jestem obok.
- Czy to tak ich zapamiętałaś?
- Pamiętam ich ciepło, pamiętam smak mleka mojej matki, pamiętam leżenie w objęciach ojca... Nigdy nie widziałam ich polujących, zawsze przynosili zdobycze do mnie. - zawahałam się – A potem już ich nie było i od tego czasu widuje tylko ich wypaczone wizerunki w koszmarach sennych. Dlaczego tak się dzieje…?
Nasir westchnął cicho.
- Kojarzysz ich z bólem i stratą. – powiedział łagodnie – Może twój umysł przekształca te emocje w strach i dlatego pokazuje ci takie a nie inne obrazy.
- Przyzwyczaiłam się, że budzą mnie sny z krwią ich ofiar w roli głównej. – wyznałam – Ale wciąż nie potrafię tego zrozumieć. Nie byli mordercami.
- Oczywiście, że nie. – żachnął się mój towarzysz – Jesteś ich córką i to ty wiesz najlepiej.
Spojrzałam na niego z wdzięcznością. Uśmiechnął się, ale zanim zdążyłam odwzajemnić uśmiech, moje uszy zanotowały coś niepasującego do leśnego otoczenia.
Wychwycił ten dźwięk sekundę wcześniej niż ja. Następne, co poczułam, to jego ciało przygniatające mnie do ziemi i przekleństwa łowców, których bełt tkwił teraz w korze potężnego dębu.
Dokładnie tam, gdzie przed chwilą stałam.
- Animae! – głos Nasira obudził mnie z odrętwienia. Poderwałam się szybko, uchylając się przed kolejnym pociskiem. Jak łowcy nas znaleźli...? Nie mogli wiedzieć, że opuściliśmy nasz teren. Cóż, teraz już wiedzieli i bynajmniej im się to nie podobało. Na polanę wpadł czarny koń, którego jeździec trzymał wycelowaną w nas kuszę. Musiało być ich więcej, słyszałam tętent kopyt i ludzkie nawoływania. Nasir zaklął cicho. Odwróciliśmy się oboje i puściliśmy się biegiem przed siebie, kierując się w stronę strumienia. Kolejny bełt minął liznął moje ucho. Łowcy byli coraz bliżej.
- Tutaj! – krzyk goniącego nas mężczyzny był przepełniony nienawiścią. Usłyszałam głuchy odgłos, jaki jego buty wydały po zetknięciu z ziemią, a następnie świst kolejnego pocisku.
- Na bok! – Nasir wepchnął mnie między drzewa, ale moją jedyną myślą było, że nie zdążymy.
Powietrze przeszył okrzyk bólu i znajomy czarny kształt wyskoczył z pomiędzy drzew.
- Sanguisie! – wrzasnęłam.
Wilk rzucił się biegiem za nami, pozostawiając w tyle leżącego w kałuży krwi łowcę. Mknęliśmy lasem, wsłuchując się czujnie z odgłosy pościgu i skupiając się na nie tak łatwym zadaniu omijania drzew. Zza horyzontu zaczęło wyłaniać się czerwone słońce i trochę żałowałam, że nie mam czasu na podziwianie krajobrazu.
Biegnąć tuż obok strumienia nieoczekiwanie znaleźliśmy się na brzegu rzeki. Nie była szeroka, ale głęboka owszem.
- To nasza szansa. – warknął Sanguis, nie zwalniając ani na moment. – Będą musieli przeprowadzić konie przez bród, a trochę czasu im zajmie, zanim go w ogóle znajdą. Szybko! Animae, pomóż mi, musimy udźwignąć Nasira.
- Zwariowałeś? – zainteresował się wilk – Mogę przepłynąć.
- Tak, ponieważ mamy mnóstwo czasu na badanie nurtu, szukanie wirów i przeprawianie się przez te głazy. To tylko kilkoro uzbrojonych po zęby łowców.
- Sanguisie, puść mnie w tej chwili!
- Nasir, nie mamy czasu! – popędziłam go – Po prostu złap się mnie.
Wilk spojrzał na mnie podejrzliwie, ale posłuchał, wczepiając się we mnie mocno. Wystartowałam, na wpół lecąc, na wpół go holując, tak że gdy wylądowaliśmy po drugiej stronie miał do połowy zamoczoną sierść.
- Między drzewa, szybko! – zakomenderował Sanguis. Posłuchaliśmy go, znikając ludziom z oczu w momencie, w którym dopadli rzeki. Słyszeliśmy jeszcze ich pełne przekleństw okrzyki i kilka pojedynczych bełtów wbijających się w drzewa, ale nie zatrzymywaliśmy się, a odgłosy pościgu szybko zostały za nami.
< Nasir, dokończysz?>
niedziela, 26 stycznia 2014
Od Mirificusa CD Dream
- Wszystko z nią będzie w porządku, ale potrzebuje trochę spokoju, skoro ma się wybudzić. – oznajmił medyk, wypychając mnie z pokoju i zatrzaskując drzwi. Odwróciłem się i oparłem czołem o ścianę, zamykając oczy. Co ja tak właściwie wyprawiałem…?
- Wszystko w porządku? – spytał ktoś zatroskanym głosem. Obejrzałem się błyskawicznie, zatrzymując wzrok na niskiej blondynce o uroczych, pełnych ciepła oczach. Gdyby tylko wszyscy ludzie wyglądali w ten sposób…
- Tak, chyba w porządku. – odpowiedziałem z wahaniem – Po prostu martwię się o moją przyjaciółkę.
- Jest w dobrych rękach – powiedziała dziewczyna uspokajająco – Nic jej nie będzie, zobaczysz.
- Dzięki. – wykrztusiłem, uśmiechając się nieśmiało. – Jak masz na imię?
- Jestem Jenna. – dziewczyna odwzajemniła uśmiech, dyskretnie wycierając dłonie o przybrudzony fartuszek.
- A ja Mirificus.
- Dziwne imię. – Jenna roześmiała się - Ale podoba mi się.
- Pomagasz medykowi w pracy?
- Nie, zajmuję się tylko domem. Nie dopuszcza nikogo do swoich ziół i preparatów. Chodź na dół, dam ci trochę wina. Nic nie zdziałasz, stojąc pod drzwiami i załamując ręce.
Kiwnąłem głową, a dziewczyna obróciła się zgrabnie i ruszyła w kierunku kuchni. Podążyłem za nią, obserwując wnętrze domu. Medyk nie wyglądał na zbyt ubogiego, co dawało mi nadzieję, że faktycznie zna się na swoim rzemiośle. Gdy weszliśmy do kuchni, Jenna wręczyła mi metalowy kielich wypełniony czerwoną cieczą. Smakowała dziwnie, ale przede wszystkim pozostawiała po sobie uczucie ciepła i ukojenia. Kucharka roześmiała się, widząc moją minę, po czym dolała mi wina i wróciła do pracy. Jenna posłała mi ostatnie spojrzenie i zniknęła za drzwiami spiżarni, a ja wyszedłem z kuchni, kierując się z powrotem na piętro. Minąłem drzwi do pokoju dziennego i nacisnąłem klamkę tych, które prowadziły na schody, ale okazały się zamknięte. Wetchnąłem cicho i zawróciłem. Kuchnia miała własne wyjście na piętro i prawdopodobnie dało się tamtędy przedostać pod gabinet medyka. Zagłębiłem się w ciemny korytarz, ale wtedy mój wzrok przyciągnął olbrzymi obraz zawieszony na ścianie naprzeciwko. Zagapiłem się zszokowany na przedstawione na nim wilki uciekające przed uzbrojonymi rycerzami i małe, puszyste, ociekające krwią ciałko przebite na wylot włócznią jednego z mężczyzn. Miałem ochotę zawyć. Kto normalny wiesza sobie takie coś we własnym domu…?
Podszedłem bliżej, opierając się o ścianę obok malowidła i dotykając ciężkiej, rzeźbionej ramy. Rozległ się cichy trzask i płótno ustąpiło pod moimi palcami, zagłębiając się w ścianę. Odskoczyłem zaskoczony, ale mechanizm, który przypadkiem zwolniłem, nie działał samoczynnie. Ostrożnie naparłem na malowidło, które odsłoniło ciemny otwór i ciągnący się dalej korytarz.
- Co do…? – wymamrotałem, ale wtedy usłyszałem kroki. Błyskawicznie doskoczyłem do ściany i pociągnąłem za ramę obrazu, który posłusznie wrócił na swoje miejsce. Odwróciłem się, starając się przybrać neutralny wyraz twarzy, ale zza drzwi wynurzył się jedynie kolejny służący, który minął mnie pospiesznie, znikając za zakrętem. Kroki ucichły, a ja ponownie zbliżyłem się do malowidła. Nie zdążyłem jednak nawet dotknąć ramy, gdy dobiegł mnie melodyjny głos wołający moje imię.
- Dream? – okrzyknąłem – Już idę!
„Doskonałe wyczucie czasu.” – dodałem w myślach, odwracając się i wchodząc w głąb korytarza. Wyszedłem na schody i kierując się jej głosem, przemknąłem pod drzwi gabinetu. Moja towarzyszka już na mnie czekała , stojąc w drzwiach z dłońmi opartymi o framugę. Przytuliłem ją z ulgą, a ona wplotła mi palce we włosy, oddychając szybko.
- Co się stało? – spytałem, odrywając się od niej.
- To efekt tego zaklęcia zmieniającego nas w ludzi. – wyjaśniła alfa, rzucając mi przepraszające spojrzenie – Powinnam była cię uprzedzić, ale miałam nadzieję, że nie będę musiała go użyć.
- Czego użyć? – spytała Jenna, wchodząc do pokoju.
- Niczego. – odpowiedziała Dream nieco za szybko – Zupełnie niczego.
- Będziemy musieli się już zbierać. – odezwałem się, zwracając na siebie uwagę dziewczyny – Czy możesz podziękować medykowi w naszym imieniu? Okazał się bardzo pomocny.
- Właściwie to twojej przyjaciółce nic szczególnego nie było. – odpowiedziała Jenna, marszcząc brwi – stwierdził, że to tylko nagła słabość i dopóki był to tylko pojedynczy epizod, nie powinniście się martwić.
- Dziękujemy bardzo. – odpowiedziała Dream – Mirificus ma rację, powinniśmy się już zbierać.
- Powodzenia.
Chwyciłem przyjaciółkę za rękę i wyprowadziłem ją schodami, machając Jennie na pożegnanie. Ruszyłem korytarzem, ale zamiast skręcić w kierunku wyjścia, przeszedłem przez znajome już drzwi i zatrzymałem się przed obrazem mordujących wilki łowców. Puściłem dłoń Dream i naparłem na płótno, odsłaniając przejście. Dziewczyna cofnęła się z zaskoczeniem. Otworzyłem usta, ale nie zdążyłem niczego jej wyjaśnić, bo korytarzem ponownie poniosło się echo ludzkich kroków. Nie zastanawiając się wepchnąłem towarzyszkę w ciemny tunel i prześlizgnąłem się za nią, chwytając ramy obrazu i obracając go, by wrócił na swoje miejsce.
- Mirificusie, czy mógłbyś mi łaskawie wytłumaczyć, co się tu do cholery dzieje?!
- Sam chciałbym wiedzieć. - mruknąłem, wpatrując się z fascynacją w ciągnący się przed nami korytarz.
- Mirificus!
Obejrzałem się na nią, ale niewiele mogłem dostrzec. Postąpiłem kilka kroków, szukając zarysu obrazu, po czym przyłożyłem do niego ucho. Nie słyszałem niczego poza przyspieszonym oddechem Dream – kryjówka doskonale izolowała nie tylko światło, ale też dźwięki.
- Nie mam pojęcia, dokąd prowadzi ten tunel. – odezwałem się, spoglądając na zarys sylwetki mojej towarzyszki – Ale nie podoba mi się to, co tu wyczuwam.
Usłyszałem, jak Dream wciąga gwałtownie powietrze i wzdycha cicho.
- Krew. – wyszeptała – Ale… to dom medyka, może po prostu przeprowadza tu operacje… Musi być jakieś wytłumaczenie.
- Operacje? W tajnej kryjówce za makabrycznym obrazem? – spytałem retorycznie.
- Więc co innego?
- Nie mam pojęcia. – pokręciłem głową – Ale zamierzam się tego dowiedzieć.
- Wszystko w porządku? – spytał ktoś zatroskanym głosem. Obejrzałem się błyskawicznie, zatrzymując wzrok na niskiej blondynce o uroczych, pełnych ciepła oczach. Gdyby tylko wszyscy ludzie wyglądali w ten sposób…
- Tak, chyba w porządku. – odpowiedziałem z wahaniem – Po prostu martwię się o moją przyjaciółkę.
- Jest w dobrych rękach – powiedziała dziewczyna uspokajająco – Nic jej nie będzie, zobaczysz.
- Dzięki. – wykrztusiłem, uśmiechając się nieśmiało. – Jak masz na imię?
- Jestem Jenna. – dziewczyna odwzajemniła uśmiech, dyskretnie wycierając dłonie o przybrudzony fartuszek.
- A ja Mirificus.
- Dziwne imię. – Jenna roześmiała się - Ale podoba mi się.
- Pomagasz medykowi w pracy?
- Nie, zajmuję się tylko domem. Nie dopuszcza nikogo do swoich ziół i preparatów. Chodź na dół, dam ci trochę wina. Nic nie zdziałasz, stojąc pod drzwiami i załamując ręce.
Kiwnąłem głową, a dziewczyna obróciła się zgrabnie i ruszyła w kierunku kuchni. Podążyłem za nią, obserwując wnętrze domu. Medyk nie wyglądał na zbyt ubogiego, co dawało mi nadzieję, że faktycznie zna się na swoim rzemiośle. Gdy weszliśmy do kuchni, Jenna wręczyła mi metalowy kielich wypełniony czerwoną cieczą. Smakowała dziwnie, ale przede wszystkim pozostawiała po sobie uczucie ciepła i ukojenia. Kucharka roześmiała się, widząc moją minę, po czym dolała mi wina i wróciła do pracy. Jenna posłała mi ostatnie spojrzenie i zniknęła za drzwiami spiżarni, a ja wyszedłem z kuchni, kierując się z powrotem na piętro. Minąłem drzwi do pokoju dziennego i nacisnąłem klamkę tych, które prowadziły na schody, ale okazały się zamknięte. Wetchnąłem cicho i zawróciłem. Kuchnia miała własne wyjście na piętro i prawdopodobnie dało się tamtędy przedostać pod gabinet medyka. Zagłębiłem się w ciemny korytarz, ale wtedy mój wzrok przyciągnął olbrzymi obraz zawieszony na ścianie naprzeciwko. Zagapiłem się zszokowany na przedstawione na nim wilki uciekające przed uzbrojonymi rycerzami i małe, puszyste, ociekające krwią ciałko przebite na wylot włócznią jednego z mężczyzn. Miałem ochotę zawyć. Kto normalny wiesza sobie takie coś we własnym domu…?
Podszedłem bliżej, opierając się o ścianę obok malowidła i dotykając ciężkiej, rzeźbionej ramy. Rozległ się cichy trzask i płótno ustąpiło pod moimi palcami, zagłębiając się w ścianę. Odskoczyłem zaskoczony, ale mechanizm, który przypadkiem zwolniłem, nie działał samoczynnie. Ostrożnie naparłem na malowidło, które odsłoniło ciemny otwór i ciągnący się dalej korytarz.
- Co do…? – wymamrotałem, ale wtedy usłyszałem kroki. Błyskawicznie doskoczyłem do ściany i pociągnąłem za ramę obrazu, który posłusznie wrócił na swoje miejsce. Odwróciłem się, starając się przybrać neutralny wyraz twarzy, ale zza drzwi wynurzył się jedynie kolejny służący, który minął mnie pospiesznie, znikając za zakrętem. Kroki ucichły, a ja ponownie zbliżyłem się do malowidła. Nie zdążyłem jednak nawet dotknąć ramy, gdy dobiegł mnie melodyjny głos wołający moje imię.
- Dream? – okrzyknąłem – Już idę!
„Doskonałe wyczucie czasu.” – dodałem w myślach, odwracając się i wchodząc w głąb korytarza. Wyszedłem na schody i kierując się jej głosem, przemknąłem pod drzwi gabinetu. Moja towarzyszka już na mnie czekała , stojąc w drzwiach z dłońmi opartymi o framugę. Przytuliłem ją z ulgą, a ona wplotła mi palce we włosy, oddychając szybko.
- Co się stało? – spytałem, odrywając się od niej.
- To efekt tego zaklęcia zmieniającego nas w ludzi. – wyjaśniła alfa, rzucając mi przepraszające spojrzenie – Powinnam była cię uprzedzić, ale miałam nadzieję, że nie będę musiała go użyć.
- Czego użyć? – spytała Jenna, wchodząc do pokoju.
- Niczego. – odpowiedziała Dream nieco za szybko – Zupełnie niczego.
- Będziemy musieli się już zbierać. – odezwałem się, zwracając na siebie uwagę dziewczyny – Czy możesz podziękować medykowi w naszym imieniu? Okazał się bardzo pomocny.
- Właściwie to twojej przyjaciółce nic szczególnego nie było. – odpowiedziała Jenna, marszcząc brwi – stwierdził, że to tylko nagła słabość i dopóki był to tylko pojedynczy epizod, nie powinniście się martwić.
- Dziękujemy bardzo. – odpowiedziała Dream – Mirificus ma rację, powinniśmy się już zbierać.
- Powodzenia.
Chwyciłem przyjaciółkę za rękę i wyprowadziłem ją schodami, machając Jennie na pożegnanie. Ruszyłem korytarzem, ale zamiast skręcić w kierunku wyjścia, przeszedłem przez znajome już drzwi i zatrzymałem się przed obrazem mordujących wilki łowców. Puściłem dłoń Dream i naparłem na płótno, odsłaniając przejście. Dziewczyna cofnęła się z zaskoczeniem. Otworzyłem usta, ale nie zdążyłem niczego jej wyjaśnić, bo korytarzem ponownie poniosło się echo ludzkich kroków. Nie zastanawiając się wepchnąłem towarzyszkę w ciemny tunel i prześlizgnąłem się za nią, chwytając ramy obrazu i obracając go, by wrócił na swoje miejsce.
- Mirificusie, czy mógłbyś mi łaskawie wytłumaczyć, co się tu do cholery dzieje?!
- Sam chciałbym wiedzieć. - mruknąłem, wpatrując się z fascynacją w ciągnący się przed nami korytarz.
- Mirificus!
Obejrzałem się na nią, ale niewiele mogłem dostrzec. Postąpiłem kilka kroków, szukając zarysu obrazu, po czym przyłożyłem do niego ucho. Nie słyszałem niczego poza przyspieszonym oddechem Dream – kryjówka doskonale izolowała nie tylko światło, ale też dźwięki.
- Nie mam pojęcia, dokąd prowadzi ten tunel. – odezwałem się, spoglądając na zarys sylwetki mojej towarzyszki – Ale nie podoba mi się to, co tu wyczuwam.
Usłyszałem, jak Dream wciąga gwałtownie powietrze i wzdycha cicho.
- Krew. – wyszeptała – Ale… to dom medyka, może po prostu przeprowadza tu operacje… Musi być jakieś wytłumaczenie.
- Operacje? W tajnej kryjówce za makabrycznym obrazem? – spytałem retorycznie.
- Więc co innego?
- Nie mam pojęcia. – pokręciłem głową – Ale zamierzam się tego dowiedzieć.
<Dream, co dalej?>
poniedziałek, 20 stycznia 2014
Od Serenity
Nie mogłam przecież wiecznie uciekać przed tymi snami. Myślałam sobie, że jeden koszmar to wszystko co się mi przyśni, ale się myliłam. Boję się każdego dnia zasnąć z obawy przed kolejnym strasznym snem ze mną w roli głównej. W momencie, w którym zamykam oczy widzę siebie biegnącą przez las, a za mną biegnie stado wilków z mojej poprzedniej watahy. Wszystkie. Całe stado. Moi oprawcy. Kiedy ich porzucałam nie miałam pojęcia, że będą prześladować mnie w snach. Stwierdziłam, że już wystarczająco się mną nabawili. Tylko tym razem sen był bardziej realistyczny. Nie tyle biegłam co pędziłam zostawiając za sobą smugę ognia, który pozostawał jako ciągnąca się za mną linia ognia, który pozwalał wytropić mnie mojemu pościgowi. Kiedy zbyt długo stałam w jednym miejscu płomienie pożerały cały las i wszystko dookoła. Więc wtedy znów zaczynałam biec aż w końcu opadałam z sił, potykałam się o własną łapę i spadałam na pysk na ziemię. Nie mogłam wstać, a wycie innych wilków było coraz bliżej. Słyszałam ich wielkie łapy uderzające o podłoże wypełnione suchymi liśćmi, gałązkami i martwymi zwierzątkami. Próbuję wstać, ale jak to zwykle w koszmarach, nie mogę. Podnoszę tylko głowę i wytrzepuję z niej piasek i małe szyszki. Nasłuchuję. Cisza. To dziwne, bo jeszcze przed chwilą słyszałam jak pogoń zbliża się, a ich wielkie nosy węszą w powietrzu. Teraz jednak wszystko umilkło. Nawet ptaki. Cudem wstaję, otrzepuję się i rozglądam. Otacza mnie wielki zielony las Chetwood. Jest taki sam, ale jakby inny, mroczniejszy. Nie ma żadnych odgłosów natury. Stoję tylko ja. Ogień znikną. Droga, którą po sobie zostawiałam zniknęła. Po ognistym wężu został tylko proch i swąd palonej sierści. Dziwne. Ruszam w drogę powrotną do Firefly, ale ku mojemu zdziwieniu nie mogę znaleźć drogi! Wydawało mi się, że znam ją na pamięć, a jednak się myliłam. Wędruję kilka minut i docieram do ogromnej jaskini. Stalaktyty i stalagmity tworzone przez wiele milionów lat nadają jaskini wygląd paszczy lwa lub rekina. Wtedy znów ich słyszę. Te stado co mnie goniło. Bez zastanowienia wkraczam do jaskini. Biegnę przed siebie, ale tym razem nie zostawiam za sobą pełzającego ognia. Kiedy wreszcie przestaję słyszeć ujadanie wilków, zwalniam. Widzę małe światełko, które jest coraz bliżej i bliżej. Jakby do mnie frunęło. Idę w jego kierunku. To co widzę na końcu tunelu przekracza wszelką wyobraźnię. Nie potrafię tego pojąć. Otaczają mnie olbrzymie góry pokryte śniegiem i pagórki zzieleniałe od słońca wiszącego nad tym pięknym krajobrazem. Drzewa wysokie na kilka metrów tańczą na wietrze i śpiewają sobie pieśni w swoim języku. Przede mną rozciąga się droga ubita ze srebrnych kamyczków. Prosi mnie abym nią poszła, ale ja zbaczam z dróżki i idę prosto na szczyt pagórka. Stojąc na nim czuję się naprawdę wolna, a wiatr owiewa mi pysk i gładzi moją czarną sierść. Kładę się i daje odpocząć zmęczonym łapom. Przewracam się na grzbiet i wpatruję w lazurowe niebo bez chmur. Nagle nadlatuje mały, niebieski ptaszek wielkości wilczego ucha. Siada mi na nosie i mówi:
- Nie trafiłaś tu bez powodu.
Przyglądam się stworzonku. Jego niebieskim piórkom i małej główce zakończonej różowym ostrym dzióbkiem. Jego małe nóżki drażnią mnie w nos wiec kicham i tym samy strącam ptaszka na ziemię. Ten jednak szybko się podnosi i otrzepuje. Patrzy na mnie bez choćby cienia gniewu i nakazuje mi podążać za sobą. On leci, ja truchtam za nim. Mijamy pięknie wijącą się rzekę i stary dębowy las szumiący o tajemnicach tej krainy. Rozglądam się i dostrzegam stado dzikich koni. Wydaje mi się nienaturalne, że obok nich leży stado dzikich czarnych panter. Tak być nie powinno. My jesteśmy drapieżnikami, a ssaki zwierzyną łowną. Ta magiczna kraina jest wypaczona. Ptaszek ląduje na grzbiecie jednego z koni. Klacz odwraca się i pyta mnie łagodnym głosem:
- Czy wiesz dlaczego tu jesteś? – podchodzi do mnie wciąż trzymając niebieskiego ptaszka na kłębie. Trąca mnie nosem. Nagle wszystko milknie. Szum rzeki, glosy drzew i przeżuwanie trawy. Pantery zrywają się z ziemi i pędzą w stronę horyzontu, który nagle zamienia się w jaskinię. Czarne koty wbiegają tam, a jaskinia za nimi zamyka się i chowa pod ziemie odsłaniając znów horyzont. Zza moich pleców dobiega wycie i szczekanie. Znaleźli mnie. Widzę ich długą sierść szarpaną przez wiatr i wściekłe oczy wypatrujące mnie w morzu zieleni. Konie rzucają się do ucieczki. Niebieski ptak odfruwa, a ja zostaję sama. Znowu. Zmuszam łapy do biegu i już po chwili pędzę jak szalona. Zostawiam za sobą płonącą drogę. Mam tylko nadzieję, że nie spalę tej cudownej krainy ze snów. Właśnie! Przecież ja śnię i w każdej chwili mogę się obudzić! W chwili, w której planuję jak się obudzić cos rzuca mi się na grzbiet i powala mnie na ziemię. Obracam się brzuchem do góry i widzę przed sobą wykrzywiony pysk Arsena. Warczy coś niezrozumiale. Chcę uwolnić się z pod niego, ale nie pozwala mi na to Moriarti. Zaraz obok niego pojawia się Krolin. Cała trójka warczy na mnie, ale w pewnym momencie nadlatuje niebieski ptaszek. Ląduje pomiędzy uszami Arsena i rozkłada skrzydełka. Właśnie wtedy wszystko ogarnia oślepiające błękitne światło, a ja budzę się zlana potem na swoim legowisku w Firefly. Jak dobrze, że ten koszmar się skończył. Wychodzę ze swojej jaskini, siadam na skale i patrzę w niebo. Wiatr suszy moją mokre od potu skórę i futro. I nagle cichy wiatr układa mi przed łapy olbrzymie niebieskie pióro, które…płonie.
Od Nasira CD Sanguisa
-Co sądzę? Trudna sytuacja, ale i tak uważam, że część racji mają obie strony. Władze Dellios pozwalają sobie na zbyt wiele, bo wiedzą, że mają przewagę, ale buntownicy walczą o wolność. To oczywisty odruch. Szkoda tylko, że nie mają żadnego konkretnego planu poza wybiciem wrogów. A wiecie jak jest. Ludzie na skraju desperacji są w stanie zrobić o krok za dużo. Kto wie do czego się posuną?
Potrząsnąłem głową.
-A tak właściwie, to dlaczego aż tak bardzo zagłębiamy się w sprawy ludzi? To głównie ich problem. Naszą sprawą jest tylko i wyłącznie fakt, że Kelebarhini zabijają naszych… Przesadą będzie mieszanie się w sprawy naszych ,,kochanych” dwunożnych. Nie sądzicie?
< Sanguis? Animae?>
Potrząsnąłem głową.
-A tak właściwie, to dlaczego aż tak bardzo zagłębiamy się w sprawy ludzi? To głównie ich problem. Naszą sprawą jest tylko i wyłącznie fakt, że Kelebarhini zabijają naszych… Przesadą będzie mieszanie się w sprawy naszych ,,kochanych” dwunożnych. Nie sądzicie?
< Sanguis? Animae?>
poniedziałek, 13 stycznia 2014
Od Sanguisa CD Nasira
Tęskniłem za tym. Szelest liści pod moimi łapami, chłodny dotyk wiatru rozwiewającego moją sierść i monotonne bicie serca... A właściwie trzech serc.
Początek podróży spędziłem w milczeniu, przysłuchując się rozmowie Nasira i Animae i wtrącając coś od czasu do czasu. Starałem się skupić na tym, czego się dowiedzieliśmy, a przede wszystkim na tym, czego chcieliśmy się dowiedzieć. Świątynia Mrocznej Pani była na tyle odległa, że mieliśmy mnóstwo czasu na rozważania, ale jedna rzecz szczególnie nie dawała mi spokoju. Dlaczego wojownicy Dellios ścigali własnego historyka? Gdyby wiedzieli o jego współpracy z buntownikami, zamordowaliby go bez wahania. A jednak żył, skoro kolejne dzienniki przedostawały się za granicę. Takie przeoczenie nie było podobne do okupantów – prawdopodobnie nie byli oni świadomi, kto jest autorem dzienników. Oznaczało to, że musiał złamać prawo w inny sposób i ściągnąć na siebie uwagę władz…
- Sanguisie?
Podniosłem głowę, obrzucając moich towarzyszy pytającym spojrzeniem.
- Wybaczcie. – powiedziałem – Zamyśliłem się. Możecie powtórzyć?
- Animae zadała bardzo ważne pytanie. – odpowiedział Nasir - Po czyjej stronie tak naprawdę stoimy?
- To znaczy?
- Wiemy, że siły Dellios okupują Fellastię od lat, czemu starają się przeciwdziałać członkowie Klanu Srebrnego Kryształu. Chcą odzyskać wolność i trudno ich nie rozumieć, ale okupanci twierdzą, że dopiero od czasu przymusowej zmiany władzy Fellastia faktycznie się rozwija. Czytałem kiedyś książkę napisaną przez kogoś z Dellios. Twierdził, że buntownicy tak naprawdę nie mają żadnego rozsądnego planu i chcą jedynie pozabijać wrogów, a jeśli im się uda, państwo ogarnie chaos i prędzej czy później wybuchnie wojna domowa. Okupanci zdają się sądzić, że mieszkańcy Fellastii zachowują się jak zwierzę schwytane i uwięzione przez weterynarza: rzucają się, warczą i atakują, choć tak naprawdę nie mają żadnego powodu, bo ich domniemany wróg chce im pomóc.
- Główną wadą rozumowania Kelebarhini jest fakt, że nie zaproponowali żadnego wyjścia z sytuacji: chcą wycofania się wrogich sił, ale nie mają konkretnych kandydatów na następcę obecnych władz. – zauważyłem.
- Wojownicy Dellios wymordowali większość inteligencji Fellastii. – wtrąciła Animae – Jeżeli Klan odniesie sukces, będą mieli problemy z dobraniem odpowiednich osób na wysokie stanowiska.
- A jednak radzą sobie z przeprowadzeniem buntu. – opowiedziałem – Ale ich celem jest zwyciężenie wroga, nie zyskanie pokoju. Możliwe, że napędzani chęcią zemsty nie myślą o konsekwencjach obalenia obecnego ustroju.
- Nasirze, co sądzisz? – spytała Animae, zwracając się do słuchającego nas wilka.
< Nasir?>
Początek podróży spędziłem w milczeniu, przysłuchując się rozmowie Nasira i Animae i wtrącając coś od czasu do czasu. Starałem się skupić na tym, czego się dowiedzieliśmy, a przede wszystkim na tym, czego chcieliśmy się dowiedzieć. Świątynia Mrocznej Pani była na tyle odległa, że mieliśmy mnóstwo czasu na rozważania, ale jedna rzecz szczególnie nie dawała mi spokoju. Dlaczego wojownicy Dellios ścigali własnego historyka? Gdyby wiedzieli o jego współpracy z buntownikami, zamordowaliby go bez wahania. A jednak żył, skoro kolejne dzienniki przedostawały się za granicę. Takie przeoczenie nie było podobne do okupantów – prawdopodobnie nie byli oni świadomi, kto jest autorem dzienników. Oznaczało to, że musiał złamać prawo w inny sposób i ściągnąć na siebie uwagę władz…
- Sanguisie?
Podniosłem głowę, obrzucając moich towarzyszy pytającym spojrzeniem.
- Wybaczcie. – powiedziałem – Zamyśliłem się. Możecie powtórzyć?
- Animae zadała bardzo ważne pytanie. – odpowiedział Nasir - Po czyjej stronie tak naprawdę stoimy?
- To znaczy?
- Wiemy, że siły Dellios okupują Fellastię od lat, czemu starają się przeciwdziałać członkowie Klanu Srebrnego Kryształu. Chcą odzyskać wolność i trudno ich nie rozumieć, ale okupanci twierdzą, że dopiero od czasu przymusowej zmiany władzy Fellastia faktycznie się rozwija. Czytałem kiedyś książkę napisaną przez kogoś z Dellios. Twierdził, że buntownicy tak naprawdę nie mają żadnego rozsądnego planu i chcą jedynie pozabijać wrogów, a jeśli im się uda, państwo ogarnie chaos i prędzej czy później wybuchnie wojna domowa. Okupanci zdają się sądzić, że mieszkańcy Fellastii zachowują się jak zwierzę schwytane i uwięzione przez weterynarza: rzucają się, warczą i atakują, choć tak naprawdę nie mają żadnego powodu, bo ich domniemany wróg chce im pomóc.
- Główną wadą rozumowania Kelebarhini jest fakt, że nie zaproponowali żadnego wyjścia z sytuacji: chcą wycofania się wrogich sił, ale nie mają konkretnych kandydatów na następcę obecnych władz. – zauważyłem.
- Wojownicy Dellios wymordowali większość inteligencji Fellastii. – wtrąciła Animae – Jeżeli Klan odniesie sukces, będą mieli problemy z dobraniem odpowiednich osób na wysokie stanowiska.
- A jednak radzą sobie z przeprowadzeniem buntu. – opowiedziałem – Ale ich celem jest zwyciężenie wroga, nie zyskanie pokoju. Możliwe, że napędzani chęcią zemsty nie myślą o konsekwencjach obalenia obecnego ustroju.
- Nasirze, co sądzisz? – spytała Animae, zwracając się do słuchającego nas wilka.
< Nasir?>
Subskrybuj:
Posty (Atom)