niedziela, 30 czerwca 2013

Od Zeeka


Dwa tygodnie w Watasze Firefly. Nie mogę opuścić myśli o Stevie i Anay. Czuję się winny że z nimi nie zostałem.
Przez cały czas chodziłem smutny i leniwy. Nie mogłem się z nikim zaprzyjaźnić, czułem się obcy. Poszedłem na zwiady. Jak zwykle nic nowego. Jednak do mojego nosa doleciał jakiś zapach. Wydawał mi się podejrzany. Ruszyłem za nim. Biegłem przez las wymijając po kolei drzewa. Zobaczyłem przed sobą dużą ukośną skałę. Wbiegłem po niej i zatrzymałem się na brzegu. Na dole zobaczyłem wielkiego niedźwiedzia. Dość dziwnie wyglądał. Z pyska leciała mu piana i miał czerwone ślepia. Z daleka widać że jest zagrożeniem dla watahy. Zaczaiłem się na brzegu skały i gdy byłem gotowy skoczyłem z góry nad niedźwiedziem, obróciłem się w locie i wylądowałem przed nim. Potwór zaryczał głośno i poszedł w moją stronę. Zawyłem mocno i zacząłem skakać, aby zwrócić na siebie jego uwagę. On zaczął iść szybciej, a potem biec. Odwróciłem się i zacząłem uciekać. Wszystko wg planu. Pobiegłem na północ. Mój cel był bardzo daleko. Nie mogłem biec za szybko, bo niedźwiedź przestałby mnie gonić. W końcu widać było rzekę. Dzielił mnie od niej dystans ok. 300 metrów. Zatrzymałem się i spojrzałem na niedźwiedzia. Gdy już był tuż tuż rzuciłem się na jego łeb i zacząłem drażnić, drapać i gryźć. Warczałem i wyłem. Wściekły niedźwiedź po chwili zrzucił mnie potrząśnięciem łba. Upadłem na ziemię. Miałem mało czasu. Wstałem i jeszcze brudny od ziemi pobiegłem do rzeki. Niedźwiedź popędził za mną. Byłem już na brzegu. Zgrabnie odbiłem się od ziemi i skoczyłem przez rzekę. Zabrakło mi jednego metra. Wpadłem do wody, lecz już blisko drugiego brzegu. Mogłem dojść do końca. /\le nurt zabrał mnie z rzeką. Głupi niedźwiedź skoczył za mną rycząc i sapiąc. Miałem nadzieję że go utopię. Razem z jego podejrzewanie chorobą wścieklizną. Rzeka była bardzo głęboka i dość szeroka. Płynąłem do brzegu. Nagle zobaczyłem że przed nami jest wodospad. Zacząłem szybciej ruzać łapami. Byłem coraz bliżej śmierci. W ostatniej chwili złapałem się mokrego wystającego korzenia z brzegu. Niedźwiedź też próbował się łapać, ale nic go nie utrzymywało. Już ostatkiem sił machnął łapą i drasnął mnie długimi ostrymi pazurami. Zaraz potem zniknął mi z oczu za wodospadem. A za nim spłynęło pasmo czerwonej krwi wypływającej z mojego boku. Powoli i z wysiłkiem wdrapałem się na brzeg i podszedłem nad brzeg przepaści. Rozglądałem się. Nagle spod warstwy mgły na dole wyłoniło się kudłate ciało wielkiego zwierza. Ciało bez krzty życia. Odwróciłem się i cały mokry, ociekający wodą upadłem na ziemię. Zobaczyłem samicę zbliżającą się do mnie.
- Nic ci nie jest? - spytała.
- Jest OK - odpowiedziałem po chwili oddechu.
- Pomóc ci?
- Nie trzeba... - jęknąłem słabo. Wstałem i otrzepałem się z wody i kurzu. Spojrzałem na samicę. - Jak masz na imię?

(Dokończy któraś samica? Bardzo bym prosił)

sobota, 29 czerwca 2013

Od Animae


Co noc widzę ich we śnie.
Pamiętam ciepły uśmiech mojej mamy i opiekuńczy uścisk taty, pamiętam ich oddechy, ogrzewające mnie, gdy spałam, pamiętam smak mleka, które piłam jako malutki wilczek...
Pamiętam to wszystko. Ale nie pamiętam ich.
Nie wiem właściwie, jak dałam sobie radę sama. Byłam zbyt mała, by pamiętać, dlaczego odeszliśmy z rodzicami z watahy, w której przyszłam na świat, ale co gorsze byłam zbyt mała by pamiętać, dlaczego pierwszego dnia mojego samodzielnego życia obudziłam się samotna pośród drzew. Wtedy byłam jeszcze szczeniakiem, puszystą białą kulką, którą pokonać mógł głód, zimno, a nawet strach. Pierwsze dni bez rodziców spędziłam, błąkając się po okolicy i starając się wyczuć znajomy zapach. Bezskutecznie. Samotna, stara wilczyca, która mnie wtedy uratowała, nie mogła mi pomóc w poszukiwaniach, ale ukryła mnie pod swoim futrem i nakarmiła padłą wiewiórką. Strzegła mnie przez kilka tygodni, obiecywała, że się mną zajmie, karmiła, poiła i ogrzewała, ale nie potrafiła powiedzieć mi ani słowa o mamie i tacie, więc ja, samotna młoda wilczyca zdana na łaskę losu, szukałam ich samotnie całymi nocami, by pewnego poranka z własnej głupoty nie wrócić już do starej wilczycy. Do dzisiaj pamiętam jej zapach - ciekawa jestem, co pomyślała sobie, gdy nie znalazła mnie u swego boku po przebudzeniu. Mam tylko nadzieję, że nie uznała, że uciekłam - okazała mi tyle dobroci, że nie mogłabym znieść myśli o porzuceniu jej. Więc dlaczego nie wróciłam? Była zima. Biały, puszysty śnieg zbudził moje zaufanie - bawiłam się, wciąż czujnie wypatrując jakichkolwiek śladów moich rodziców i jednocześnie beztrosko oddalając się od swojej opiekunki, aż w końcu znalazłam się tak daleko, że nie umiałam wrócić. Dziś poradziłabym sobie z wywęszeniem własnego zapachu, ale wtedy byłam tylko zagubionym szczeniakiem, ponownie zdanym na siebie.
Ta przygoda sporo mnie nauczyła. Przez kilka tygodni udawało mi się przeżyć, bo płoszyłam malutkie jeszcze zające, by tak jak ja kiedyś gubiły się z dala od domu. Były łatwym łupem, a ja z czasem nauczyłam się sama polować. Nie miałam innego wyboru - od momentu zniknięcia moich rodziców nie natrafiłam na nawet najmniejszy ślad ich obecności, a stara wilczyca nigdy mnie nie odnalazła.
Nie wiem, w jaki sposób udało mi się przeżyć. Z puchatego wilczka przeobraziłam się w dorosłą wilczycę, której samodzielnie udało się zgłębić tajniki polowania, odnajdowania schronienia, wody, własnych tropów... Może w tym wszystkim był jakiś cel, w całej tej mojej wędrówce nieznanymi lasami, w nieznanym kierunku, gdy jedyne, o czym myślałam, to czy uda mi się samotnie przetrwać kolejny dzień...
Przywykłam do samotności. Przez lata była ona moją jedyną towarzyszką, kiedy błąkałam się w poszukiwaniu bliskich, a jednocześnie unikałam śladów wilczych watah w obawie, że któraś z nich okaże się tak dawno nie widzianą grupą, od której uciekali moi rodzice. Nie sądziłam, że kiedykolwiek zaufam innemu wilkowi, a jednocześnie puste miejsce w moim sercu nie chciało się za nic wypełnić. Potrzebowałam kogoś, ale oszukiwałam samą siebie twierdząc, że doskonale radzę sobie sama i tak będzie musiało pozostać.

Mam już 4 lata. Wiem, jak pachnie wilk, jak pachnie wilczyca, a jaka woń unosi się nad terenami zajętymi przez całą watahę. Ale wiem też, że unikanie takich grup zazwyczaj oznacza unikanie wodopojów. Musiałam złamać granicę. Poruszałam się szybko, mknąc pachnącym deszczem lasem, ale nie mogłam przewidzieć wszystkiego. Wilczyca, która stanęła mi na drodze, pojawiła się zbyt szybko. Nie miałam szans na ucieczkę. Jedyne, co mi pozostało, to modlić się o szybką śmierć.

<Dream, można prosić o dokończenie? >

Od Mirificusa CD Nashii

Wywróciłem oczami, uśmiechając się zawadiacko.
- Myślę, że przede wszystkim powinniśmy zobaczyć się z Dream. - powiedziałem - Nie mam pojęcia, jak dokładnie działa to zielsko, którego się nawąchałaś, ale może mieć jakieś skutki uboczne.
Nashia zmarszczyła brwi, rzucając mi rozbawione spojrzenie.
- Chcesz mnie zaprowadzić do Dream? - spytała - Więc spróbuj mnie złapać!
Rzuciła się biegiem przed siebie, zostawiając mi zadanie pozbierania własnej szczęki z ziemi. Szybka była - jej ogon błyskawicznie zniknął między drzewami, a ja, nawet pędząc przed siebie w zawrotnej prędkości, miałem problem, żeby ją dogonić. Śmiejąc się w głos wypadliśmy na niewielką polankę, przewracając przy okazji drzemiącą w słońcu alfę.
- Na litość, spokojnie. - wymamrotała, zbierając się z ziemi - Coś się stało?
- Odnalazłam miłość mojego życia! - wykrzyknęła Nashia z entuzjazmem.
- Nashia nawąchała się Narcyza. - odpowiedziałem w tym samym momencie.
- Jeszcze raz, spokojnie. - poprosiła Dream.
- Zdaniem Mirificusa moje zadurzenie jest skutkiem działania rośliny, ale ja czuję jedynie ciepło w moim sercu. - zwierzyła się wilczyca.
Westchnąłem cicho, kręcąc głową.
- Znalazłem ją na łące, śpiącą i odurzoną zapachem Narcyza. - wyjaśniłem - Nie mam pojęcia, co można z tym zrobić, ale musi istnieć jakieś zioło, które cofa ten efekt.
- Istnieje. - alfa kiwnęła głową w zamyśleniu, rzucając szybkie spojrzenie na wpatrującą się w niebo Nashię - Ale nie ma pewności, że zadziała. Jak długo jest pod wpływem tego przeklętego kwiatu?
- Nie mam pojęcia, nie wiem ile czasu spędziła na tej łące, zanim ją odnalazłem.
- No pięknie. - westchnęła Dream - Nashia, chodź ze mną. Pójdziemy zrobić ci napar, może poczujesz się lepiej.
- Ależ mi nic nie jest. - zdziwiła się wilczyca.
- Proszę, po prostu jej posłuchaj. - odezwałem się.
- No dobrze. - Nashia uśmiechnęła się radośnie. - To co, idziemy?
- Jak najszybciej. Mirificusie, mógłbyś znaleźć Sanguisa? Nie będzie mnie na polowaniu, skoro muszę się nią zająć i wolałabym go powiadomić. - poprosiła alfa.
- Jak to? - spytała Nashia płaczliwym głosem - To Mirificus nie idzie z nami?
- Muszę zawiadomić Sanguisa, gdzie poszła Dream, przecież słyszałaś...
- Ależ kochany, co ja pocznę bez ciebie? Nie idź, proszę... Zostań ze mną!
Westchnąłem. Zdaje się, że nie miałem innego wyboru, jak tylko odprowadzić obie wilczyce i liczyć na fakt, że Sanguis poradzi sobie sam z zaplanowanym na dzisiaj polowaniem.

<Nashia, Dream? która wie, co działo się dalej? >

czwartek, 27 czerwca 2013

Od Nashii

Wstałam rano. Przeciągnęłam się i wyszłam z jaskini. Słońce miło grzało, kwiaty zakwitły, ptaszki śpiewały i każde zwierze okazywało swoje uczucia np. wiewiórki dawały sobie orzechy na znak szczęścia, lisy się przytulały na znak wierności nawet trzmiele latały wokół siebie na dowód zauroczenia drugą osobą. Było to piękne. Ale mi zrobiło się przykro, gdyż pragnęłam prawdziwej miłości . Położyłam się w cieniu drzewa kiedy nagle poczułam piękny zapach. Jakby woń tęczy. Wstałam i szłam gdzie mnie nos prowadził. Weszłam na pagórek a po drugiej stronie znajdowała się piękna łąka, pełna białych kwiatów zwanych narcyzami. Od razu rozpoznałam te kwiaty ponieważ gdy byłam mała mama opowiadała mi że właśnie kwiat narcyza dostała od taty gdzie poprosił ją o rękę. Byłam pewna że jak go zerwę lub chociaż powącham będę miała wielkie szczęście, i spotkam kogoś kto by był moim jedynym. Zbiegłam więc ze wzgórza i podeszłam do tego najpiękniejszego kwiatu narcyza. Powąchałam go. Zrobiło mi się słabo i upadłam. Obudził mnie dopiero Mirificus i zapytał:
- Co się stało Nashia?
Ja popatrzyłam na niego i nagle znowu zrobiło mi się słabo wyglądał zabójczo patrzyłam na jego mięśnie a następnie w oczy i przez chwilę miałam wrażenie że biegamy razem po łące, aż nagle ten piękny sen przerwał jego głos mówiący znów:
- Co się stało dlaczego nie odpowiadasz?
- Nic się nie stało kochanie.
-Jak ty do mnie powiedziałaś?
- Kochanie mój ty kochany najukochańszy kochanie.
- Czy upał ci nie zaszkodził?
- Ależ co ty pyśku, ja tylko mówię jak cię kocham.
Mirificus zastanawiał się dłuższą chwilę i powiedział:
- Wiem co ci dolega powąchałaś kwiaty ,, oszukanej miłości" czyli Narcyza.
- Ależ skarbie co ty gadasz ja cię po prostu kocham.
- Zabiorę cię do Dream ona będzie wiedziała co robić. Mirificus zrobił jak mówił. Szliśmy do Dream aż tu nagle zaczął padać deszcz. Schowaliśmy się do jaskini i Mirificus powiedział:
- Niestety musimy przeczekać tę burzę tu.
Ja pomyślałam że to idealna okazja aby go przekonać o mojej miłości. Mirificus się położył. Podeszłam do niego i zaczęłam go po pysku otulać moją kitą. On krzykną:
- Nashia co ty robisz do nie powiem czego!
- Ależ nic ja tylko cieszę się tobą.
- Lepiej się uspokój ta burza się szybko nie skończy.
Robiłam różne podobne bzdury przez godzinę, aż w końcu usłyszałam burczenie w brzuchu Mirificusa.
- Idę jakiegoś nietoperza zjeść bo na dworze w taką pogodę to raczej zwierzyny nie ma.- powiedział Mirificus.
Poszedł a ja po cichutku za nim. Pomyślałam że jeśli okażę że jestem dobrą łowczynią on mnie pokocha.
Mirificus już szykował się do skoku by upolować nietoperka kiedy ja skoczyłam i się zderzyliśmy. Nietoperz odleciał. A ja się przez przypadek poślizgnęłam i wpadłam do jakiejś dziury Mirificus skoczył za mną aby mnie ratować i zjechaliśmy długą skalistą rurą do dołu. Wpadliśmy do wody. Wygrzebaliśmy się na brzeg i okazało się że byliśmy otoczeni z 4 stron skałami wapiennymi stalaktytami, stalagmitami i stalaktytami. A wyjście którym tu wpadliśmy było wysoko. Mirificus zaatakował mnie ze złości ( nic mi nie zrobił bo szybko się opanował i wstał). Zaczął walić głową o ścianę mówiąc:
- Za jakie grzechy?!Nie mam żadnej mocy aby nas stąd wydostać a ty umiesz tylko hipnotyzować.
Wtedy dotarło do mnie że Mirificus nie wie o wszystkich moich zdolnościach. Więc o nich nie mówiłam ( chciałam z nim dłużej pobyć sama). Powiedziałam:
- No to klapa.

Mirificus popatrzyła się na mnie groźnie i powiedział:
- To przez ciebie to twoja wina! Jak niby mamy się wydostać.
Po tej krótkiej przemowie Mirificus obrócił się do mnie tyłem chwile myślał i powiedział"
- Już wiem! Nashia pomóż łamać mi te słupki (stalagnaty itp.).
- Yyyyy... dobrze- odpowiedziałam.
Mirificus zebrał wszystkie połamane słupki i zaczął je ustawiać na sobie aż stworzył ogromny wielki słup który prowadził do wyjścia ( powkładał je na siebie rzucając jeden na drugi). Po czym otatrł pot z czoła i powiedział:
- Skończyłem panie przodem.
Ja powoli się wdrapywałam aż nagle pod moim ciężarem zaczęło się wyginać. Słup się rozwalił a ja spadłam na Mirificus. Jak to zauważyłam szybko z niego zeszłam mówiąc:
- O Boże Mirificus, kotku nic ci nie jest?
Biedny się nie odzywał szybko zamieniłam się w smoka rozwaliłam jaskinie wzięłam go i wyfrunęłam na górę. Gdy już tam byliśmy postawiłam go. On się obudził mówiąc:
- Wiedziałem że masz jeszcze inne moce wiedziałem!
Zamieniłam się z powrotem w wilka i się zaczerwieniłam. Wtedy dopiero zauważyliśmy że już nie pada a cały świat pięknie wygląda w rosie:
Wyszliśmy z jaskini bo już nie padało. Mirificus był na mnie zły i się nie odzywał. Chciałam uspokoić trochę sprawę i powiedziałam:
- Mirificus?
- Co.
- Chcesz usłyszeć pewien żart?
- Skoro musisz go powiedzieć to wal.
- Dlaczego w Titanicu w głównej roli obsadzono Bikaprio?
- Nie wiem.
- Bo Chuck Noris by wszystkich uratował.
Po tym żarcie na twarzy Mirificus zagościł nie śmiały uśmiech. Powiedziałam:
- No teraz ty coś opowiedz.


Mirificus jaki c.d?

niedziela, 16 czerwca 2013

Od Nova CD Felsaroth

Trzeba być naprawdę nieostrożnym, albo się nudzić, by mając czarne futro dać się wypatrzeć ludziom w nocy. Po co ja tu w ogóle przyszłam? Chciałam jedynie znaleźć jakieś dobre miejsce z czystym widokiem na niebo. Niestety, jak zwykle trafiam na Felsarotha, a to oznacza niemałe kłopoty. Słysząc kolejny świst strzały w powietrzu zerwałam się do biegu za samcem, po chwili wyrównując się z nim.
- Nie możemy ich naprowadzić na ślad watahy! - krzyknęłam zerkając na niego. Wilk uśmiechnął się w dość nietypowy sposób, jakby to, że gonią nas ludzie było dla niego zabawą.
- Mówisz, że mamy ich wywieźć w pole? - odparł z błyskiem w zielonych ślepiach, a ja jedynie skinęłam łbem. Oboje skręciliśmy ostro na nieco mniej zalesioną część terenu. Kolejny świst strzały, zaraz koło mojej łapy. Kurcze! Że też musze mieć białe futro, łatwiej mnie wypatrzeć.
Pędziliśmy tuż przy granicy lasu Chetwood mają za ochronę jedynie poustawiane w odległości czterech, pięciu metrów chude drzewa i ich gałęzie. Jedyne, co słyszałam oprócz własnego oddechu i Felsarotha, to krzyki mężczyzn i uderzenia kopyt ich wierzchowców, jest źle. Nie odpuszczą tak łatwo, uparci ludzie. Z zdenerwowaniem na pysku przyspieszyłam, a Felsaroth dalej się uśmiechał. Naprawdę nie rozumiem go, co jest w tym zabawnego? Samiec skręcił nagle na północ niemal wybijając mnie z rytmu i popychając, ale udało się mi jakoś nie wywrócić. Ruszyłam za nim, a szum rzeki Reffos nasilał się, wyraźnie się do niej zbliżaliśmy. Czarny wilk ponownie narzucił jeszcze większe tempo, dla mnie już raczej nieosiągalne i straciłam go z oczu. Nie no, nie wierze, by mnie zostawił! Nie mam zamiaru go szukać. Nie zatrzymując się gnałam dalej, a jeźdźcy zwiększyli dystans, zupełnie jakby się zmęczyli. Po jakimś czasie biegu niemal pisnęłam, widząc jak jakaś czarna plama wyskakuje zza krzaków, prawie uderzając mnie.
- Felsaroth?!
- Wołałaś? - zaśmiał się, ale jego ton był nieco zasapany, mój z resztą chyba też. Coraz bardziej mnie wkurza jego rozbawienie i olewający stosunek.
- Chciał... - urwałam. Zaskoczona zobaczyłam, jak za wilkiem wyskakuje kary ogier, a na jego grzbiecie siedzi mężczyzna o czarnych, krótkich włosach, bladej skórze i intensywnie zielonych oczach. Jeździec pędził może trzy metry za nami i zmniejszał nieubłaganie dystans. Można powiedzieć, że oboje czuliśmy kopyta konia na ogonach. Facet dzierżył w dłoni kusze, z której do nas mierzył. Jeden z grotów wbił się w drzewo, mijając łeb Felsarotha o jakiś cal. Panika i zobaczenie niedużego jeziora przed nami, sprawiła, że wpadłam na pewien pomysł.
- Podpal trawę przed nami! - zawołałam.
- Co? Głupia jesteś? Chcesz, żebym cię usmażył? - warknął zirytowany samiec. Widać nie lubi, gdy ktoś m próbuje wydawać polecenia.
- Po prostu to zrób! - syknęłam. W moim głosie pojawiła się nieustępliwość i śmiertelna powaga. Wilk odpuścił i wybiegł przede mnie. Jego łapy pozostawiały płonący ślad na ziemi, pędził dość długo, aż dostrzegł to, co ja - wodę, i się zatrzymał. Ale nic nie szkodzi, ogień zajął już kilka drzew. Usłyszałam, jak jeździec za mną przeklina i zwalnia, a zaraz potem do mych uszu dotarło rżenie spłoszonego konia. Szczęście nie trwało długo, człowiek dalej miał kusze i pełen bełtów kołczan. Zamiast zwolnić, wbiegłam w ogień pokrywając łapy średniej grubości warstwą lodu. Odnóża nieco szczypały i przygaszały niszczący żywioł. To nic przyjemnego pędzić przez mały pożar.
Byłam taka skupiona na wybiegnięciu z niego, ze niemal wpadłam na czarnego samca, który czekał tuż przed jeziorkiem. Zarzucił jedynie łbem dając mi znać, że musimy ruszać dalej i pognaliśmy. Zapomniałam, że moje kończyny dalej są pokryte odnowionym, suchym lodem, w zetknięciu z wodą wybuchła gęsta para, a z każdym krokiem było jej coraz więcej. Jak dobrze, będziemy mieli jakąś osłonę. Szczęście jednak to w tych dniach bardzo kapryśna rzecz, z różnych stron pojawili się kolejni jeźdźcy. Ta noc się szybko nie skończy.

<Felsaroth, pisz dalej :3>

sobota, 15 czerwca 2013

Od Felsarotha

Był późny wieczór, gdy powoli wbiegłem między drzewa gęstego lasu. Księżyc dopiero zaczynał swą wędrówkę po niebie, a las ukazywał swe nocne oblicze. Gdzieś niedaleko huczał silny nurt jednego z dopływów rzeki Reffos. Ta srebrzysta wstęga była odzwierciedleniem chaotycznego, niepowstrzymanego żywiołu wody. Wspaniała, a zarazem niebezpieczna. Powoli zacząłem rozpędzać się między drzewami wyczuwając woń zwierzyny. Nie przybyłem jednak w te okolice dla zwierząt. Nie chciałem polować. Chciałem tylko to znaleźć. W końcu jestem strażnikiem… Wypada w środku nocy kontrolować tereny. Biegłem przez las cicho i bezszelestnie. Po kilkunastu minutach znalazłem się na skraju lasu. Mym oczom ukazała się rozległa polana i wielkie wznoszące się wysoko ponad jej poziom mury oświetlone pochodniami. Ludzkie miasto. Widziane przeze mnie nie raz, a jednak wciąż szokuje. Usłyszałem tętent kopyt. W oddali po gościńcu jechało kilka koni z mężczyznami na grzbietach. Wierzchowce podrzucały nerwowo głowami, jakby wyczuły obecność wilka w pobliżu. Jeźdźcy zatrzymali konie i rozejrzeli się po okolicy.
-Konie są niespokojne. Coś jest w pobliżu.-rzucił wysoki, barczysty mężczyzna o złotych włosach i bystrym spojrzeniu błękitnych oczu. Cofnąłem się odruchowo w głąb lasu.
-Głupi jakiś jesteś?-usłyszałem cichy syk za sobą. Odwróciłem głowę i mym oczom ukazała się ta biała Nova.
-A ty tu czego? –warknąłem.-Działam na własną rękę, więc wypad.
-Nie wiesz, że potrzebują teraz energii do kryształów skupiających?-zapytała.
-Wiem. Gdzieś to mam. Nie znajdą nas tu. Jesteśmy za daleko.
-Konie są szybsze… z łatwością nas dogonią.-upierała się.-Lepiej stąd zmiatajmy.
-No dobr…-urwałem, gdy coś świsnęło obok mej głowy przecinając boleśnie ucho. Siła była tak duża, że aż mnie powaliło na ziemię. Podniosłem się widząc strzałę wbitą w drzewo. Z rozwalonego ucha popłynęła krew. Nova przeklęła pod nosem.
-A nie mówiłam?-zawarczała. Podniosłem się z ziemi i usłyszałem rżenie koni i krzyki ludzi w pobliżu. Wciąż byłem nieco oszołomiony mimo to zerwałem się do biegu. Nareszcie trochę rozrywki.
<Nova, dokończ, proszę>



czwartek, 13 czerwca 2013

Od Zeeka

Wojna zbliżała się ku końcowi. Wrogowie wygrywali. Było ciemno i w dodatku zaczął padać deszcz. Nic nie widziałem. Nawet mojej siostry Anay, co zwykle nie sprawia mi kłopotu, gdyż jest biała jak śnieg. Steve'a też nie było. Zacząłem się rozglądać, więc jakiś wilk korzystając z mojej nieuwagi zaatakował mnie. Z trudem odparłem atak, lecz on dotkliwie poranił mi ucho. I wtedy wrogie wilki zaczęły rozbijać nasze szeregi. Nasze wojska się rozdzieliły. Chciałem zawrócić, ale coraz to nowe wilki mnie pchały przed siebie. Niedobitki uciekły z pola bitwy. Reszta zginęła. Później szukałem mojego rodzeństwa, ale ich nie znalazłem. Spodziewałem się najgorszego. Ruszyłem w świat szukając jakiegoś miejsca. Nie mogłem przestać myśleć o stracie Anay i Steve'a. Szedłem przez niewyobrażalnie ciemny las ze zwieszoną głową. Gdy wszedłem na jakiś most, zobaczyłem przed sobą białą wilczycę. Podniosłem głowę i otworzyłem szeroko oczy. Jak tu jest wilk to musi i być wataha. Podszedłem powoli do nieznajomej. Ukłoniłem się nisko.
- Witaj - przywitałem się. - Przepraszam że może cię nachodzę, ale mogę spytać czy jest tu jakaś wataha?
Wilczyca zmierzyła mnie wzrokiem.
- Tak, jest tu. Wataha Firefly. Chcesz dołączyć?
- Chciałbym, jeżeli się alfa zgodzi.
- Myślę że tak. Chodź.
Poszedłem za śliczną panią.
- Jak masz na imię? - zapytałem.
- Larien.
- A ja Zeeke. Wiesz, jestem strasznie głodny. Mógłbym zapolować, ale nie lubię działać sam - powiedziałem przymilnym tonem.
- Niech zgadnę, chcesz żebym z tobą coś upolowała - sprostowała Larien.
- Eee, no tak. To co? Dasz się skusić?

<Larien? Dokończysz?>