Obudziłam się w dziwnym miejscu. Nie byłam w stanie określić czasu, bo wszystkie okna zasłonięte były grubymi kurtynami. Wnętrze pokoju oświetlała jedynie dość stara lampa o magicznym źródle energii. Właściwie to jedynie ona była tu czymś niezwykłym. Sama nie wiedziałam, czy jednak nie współczuć ludziom, którzy udawali się do tego szamana w nadziei szybkiego wyzdrowienia. Tymczasem byli oszukiwani wszystkimi błyskotkami wiszącymi pod sufitem, gdyż każda z dolegliwości musiała znikać w sposób naturalny - czyli zwykle uciążliwy i długi. Chyba, że ci ludzie znali jakiś niezwykły sposób ukrywania magii przed zmysłami.
Najbardziej jednak szkoda mi było Mirificusa, który musiał radzić sobie sam w nowej postaci. Nie chcę przez to powiedzieć, że w niego wątpiłam, po prostu mam wyrzuty sumienia, że nie powiedziałam mu o planie awaryjnym wcześniej. Tymczasem skoro leżę tu w ciepłej pościeli jak najbardziej żywa, chyba nie poszło źle.
Rozejrzałam się uważnie dookoła wypatrując czegoś znajomego. Niestety nowo nabyte książki Mirificus wziął chyba ze sobą, bo nie było w pokoju ani jego, ani wypożyczonych przedmiotów.
I tak przez kolejne parę godzin. W końcu znudziło mi się odpoczywanie i postanowiłam sama go poszukać. Otwierałam po kolei wszystkie napotkane drzwi, nigdzie jednak nie znalazłam nic ciekawego.
-Mirificus! - krzyknęłam najgłośniej jak tylko mogłam. Zero odpowiedzi.
W nienajlepszym nastroju wróciłam do pierwszego pomieszczenia, w którym się obudziłam. Próbowałam zasnąć, przeszkadzały mi jednak obawy o mojego przyjaciela. Chyba nie wrócił do Watahy beze mnie...?
<Mirificus? :P>
niedziela, 12 stycznia 2014
poniedziałek, 6 stycznia 2014
"Ivar- podróż do Świątyni Mrocznej Pani"
Był świt. Wysoki, blady mężczyzna o czarnych, krótkich włosach zmierzył wzrokiem okolicę. Jego koń podrzucił nerwowo łbem ryjąc kopytem ziemię. Chłód poranka przedzierał się pod ubrania.
-Możemy ruszać, pozostali już są... -powiedział zwalisty, brązowowłosy facet.
Czarnowłosy wpatrywał się wciąż przed siebie, jakby nie docierało do niego zupełni nic.
-Ivar... słuchasz mnie?-zapytał ponownie.
-Zamknij się!-syknął Ivar, a jego oczy rozszerzyły się w przypływie adrenaliny, zaskoczenia i lekkiego strachu.
-Smok!-wrzasnął i zakuł boki wierzchowca ostrogami zwracając go w kierunku lasu.
Po okolicy rozniósł się przeraźliwy ryk, a niebo przysłonił ogromny, czarny cień, który byłby w stanie przepełnić grozą nawet najodważniejszych.
Zgromadzeni mężczyźni z krzykiem popędzili konie, które z przerażeniem runęły ku drzewom.
Wielka bestia na tle nieba machnęła skrzydłami i rozwarła szczęki z sykiem wypuszczając z niej strumienie piekielnych płomieni. Ogień spalił trawę, kamienie i piasek zdawały się czerwienić od piekielnego gorąca. Ludzie i konie na tyłach stanęli w płomieniach przemieniając się po chwili w zwęglone zwłoki. Ivara na czele grupy dosięgnął powiew potwornie gorącego powietrza, które zdawało się smażyć jego skórę. Wrzasnął z bólu, gdy gorąc smagnął jego ciało. W powietrzu unosił się zapach zwęglonych szczątek. Smok zniżył lot i tylnymi kończynami chwycił rżącego z przerażenia konia. Jego jeździec zwalił się z grzbietu wierzchowca i grzmotnął w podłogę z głuchym wrzaskiem. Z nieba polała się niczym czerwony deszcz krew rozrywanego na kawałki ogiera. Bestia zleciała po chwili na ziemię ryjąc ogromnymi łapami grunt. Rozwarła paszczę i jeszcze raz zionęła ogniem za uciekającymi ludźmi. Ogień zaznaczył na trawie płonącą ścieżkę i dosięgnął pierwszych drzew. Kilku mężczyzn walcząc z bólem spowodowanym poparzeniami zdusiło magią płomienie trawiące drzewa by zapobiec pożarowi. Smok z zadowoleniem pożarł zmasakrowanego, rozerwanego na kawałki konia. Łypnął wielkimi, płonącymi ślepiami na las, w którym zniknęli ludzie, a potem rozłożył skrzydła i odleciał.
[…]Ivar zatrzymał konia, gdy byli już wystarczająco głęboko w lesie by czuć się względnie bezpiecznymi. Dopiero teraz, gdy z jego głowy zniknęła myśl o niechybnej śmierci ból dał o sobie znać. Spojrzał na spalone ubrania, poparzone ręce i dotknął nadpalonej skóry na lewym boku głowy. Z ran sączyła się woda i ropa. Przeklął pod nosem.
-Baarvar!-Wzrokiem wśród towarzyszy odszukał jednego ze swych bardziej zaufanych ludzi.
Wreszcie go dostrzegł. Jego oczom ukazał się niezbyt wysoki, blady jak kość, smukły facet o błękitnych oczach i ciemnych średniej długości, nierówno obciętych włosach. Na jego skórze również widać było lekkie oparzenia, ale nie tak intensywne jak u samego Ivara i reszty. Pod wypalonym w paru miejscach ubraniem dało się dostrzec rozległe tatuaże na plecach Baarvara.
Mężczyzna podszedł do niego struty.
-Ilu straciliśmy?-zapytał prosto z mostu zielonooki.
-Gdzieś z... 12? Nie mam pewności, bo niektórzy rozpierzchli się po lesie.
Ivar skinął głową.
-A co z Fabienem i Feinrothem?-zapytał nieco drżącym głosem, bo obaj młodzi mężczyźni byli jego synami.
-Są tutaj.
-Logerik?
-Kiepsko z nim, ale może się wyliże.
-Świetnie. Niech Ayra i Nicol zajmą się rannymi.
-Nicol zginęła...-powiedział Baarvar niezadowolonym tonem.
Ivar zmarszczył czoło.
-To daj Ayrze do pomocy kogokolwiek, kto ma jakieś pojęcie o magii leczniczej. Musimy dalej ruszać, do świątyni Pani jest jeszcze kawał drogi, a Dzień Osądu jest już bliski...
-Tak jest-odparł mężczyzna i ruszył wydać polecenia.
Ivar odszukał wzrokiem Ayrę. Była to młoda, ładna kobieta o kasztanowych, lekko falowanych włosach i szarych oczach. Wychwycił jej wzrok i skinął na nią. Kobieta była cała. Widać strumień ognia ani wrzące powietrze nie przebiło się przez jej bariery ochronne. Kobieta podeszła do niego.
-Tak?-zapytała ściszonym głosem.
Dla nikogo nie było nowością, że kobieta od dawna starała się o względy Ivara darząc go nieodwzajemnionym uczuciem. Odkąd podczas porodu umarła jego żona Ivar stronił od towarzystwa kobiet. Co złośliwszy snuli plotki, że zagustował w sodomickich stosunkach z innymi mężczyznami.
-Zajmij się tym-mruknął wskazując na rozległe rany na twarzy, szyi i rękach.
Kobieta zmarszczyła lekko drobny nosek. Poszła po swoją apteczkę i zaczęła oczyszczać ranę. Nacinała lekko naskórek spuszczając ropę. Przemyła całość z zanieczyszczeń, a potem zaczęła zasklepiać magią skórę. Ivar skrzywił się czując ból i rwanie, gdy organizm przymuszany był do natychmiastowej, przyspieszonej regeneracji tkanek. Po chwili skóra zarosła się zostawiając po ranach blade, rozległe blizny.
-Co złożymy w ofierze Mrocznej Pani?-zapytała niepewnie Ayra.
Ivar skrzywił się lekko.
-Na razie przejęliśmy magię może…4 wilków? To bardzo mało, ale są nadzwyczaj cwane. Zupełnie jakby miały rozum!
-Przestań… To niemożliwe. To tylko zwierzęta.-Uśmiechnęła się lekko.
-Niby tak, ale… Nie wiem. Jeśli przed dotarciem do Świątyni nie napełnimy jeszcze co najmniej 4 kryształów trzeba będzie rozejrzeć się za czymś innym…-powiedział i zarządził postój.
Ivar:

Baarvar:

Ayra:

Smok:
-Możemy ruszać, pozostali już są... -powiedział zwalisty, brązowowłosy facet.
Czarnowłosy wpatrywał się wciąż przed siebie, jakby nie docierało do niego zupełni nic.
-Ivar... słuchasz mnie?-zapytał ponownie.
-Zamknij się!-syknął Ivar, a jego oczy rozszerzyły się w przypływie adrenaliny, zaskoczenia i lekkiego strachu.
-Smok!-wrzasnął i zakuł boki wierzchowca ostrogami zwracając go w kierunku lasu.
Po okolicy rozniósł się przeraźliwy ryk, a niebo przysłonił ogromny, czarny cień, który byłby w stanie przepełnić grozą nawet najodważniejszych.
Zgromadzeni mężczyźni z krzykiem popędzili konie, które z przerażeniem runęły ku drzewom.
Wielka bestia na tle nieba machnęła skrzydłami i rozwarła szczęki z sykiem wypuszczając z niej strumienie piekielnych płomieni. Ogień spalił trawę, kamienie i piasek zdawały się czerwienić od piekielnego gorąca. Ludzie i konie na tyłach stanęli w płomieniach przemieniając się po chwili w zwęglone zwłoki. Ivara na czele grupy dosięgnął powiew potwornie gorącego powietrza, które zdawało się smażyć jego skórę. Wrzasnął z bólu, gdy gorąc smagnął jego ciało. W powietrzu unosił się zapach zwęglonych szczątek. Smok zniżył lot i tylnymi kończynami chwycił rżącego z przerażenia konia. Jego jeździec zwalił się z grzbietu wierzchowca i grzmotnął w podłogę z głuchym wrzaskiem. Z nieba polała się niczym czerwony deszcz krew rozrywanego na kawałki ogiera. Bestia zleciała po chwili na ziemię ryjąc ogromnymi łapami grunt. Rozwarła paszczę i jeszcze raz zionęła ogniem za uciekającymi ludźmi. Ogień zaznaczył na trawie płonącą ścieżkę i dosięgnął pierwszych drzew. Kilku mężczyzn walcząc z bólem spowodowanym poparzeniami zdusiło magią płomienie trawiące drzewa by zapobiec pożarowi. Smok z zadowoleniem pożarł zmasakrowanego, rozerwanego na kawałki konia. Łypnął wielkimi, płonącymi ślepiami na las, w którym zniknęli ludzie, a potem rozłożył skrzydła i odleciał.
[…]Ivar zatrzymał konia, gdy byli już wystarczająco głęboko w lesie by czuć się względnie bezpiecznymi. Dopiero teraz, gdy z jego głowy zniknęła myśl o niechybnej śmierci ból dał o sobie znać. Spojrzał na spalone ubrania, poparzone ręce i dotknął nadpalonej skóry na lewym boku głowy. Z ran sączyła się woda i ropa. Przeklął pod nosem.
-Baarvar!-Wzrokiem wśród towarzyszy odszukał jednego ze swych bardziej zaufanych ludzi.
Wreszcie go dostrzegł. Jego oczom ukazał się niezbyt wysoki, blady jak kość, smukły facet o błękitnych oczach i ciemnych średniej długości, nierówno obciętych włosach. Na jego skórze również widać było lekkie oparzenia, ale nie tak intensywne jak u samego Ivara i reszty. Pod wypalonym w paru miejscach ubraniem dało się dostrzec rozległe tatuaże na plecach Baarvara.
Mężczyzna podszedł do niego struty.
-Ilu straciliśmy?-zapytał prosto z mostu zielonooki.
-Gdzieś z... 12? Nie mam pewności, bo niektórzy rozpierzchli się po lesie.
Ivar skinął głową.
-A co z Fabienem i Feinrothem?-zapytał nieco drżącym głosem, bo obaj młodzi mężczyźni byli jego synami.
-Są tutaj.
-Logerik?
-Kiepsko z nim, ale może się wyliże.
-Świetnie. Niech Ayra i Nicol zajmą się rannymi.
-Nicol zginęła...-powiedział Baarvar niezadowolonym tonem.
Ivar zmarszczył czoło.
-To daj Ayrze do pomocy kogokolwiek, kto ma jakieś pojęcie o magii leczniczej. Musimy dalej ruszać, do świątyni Pani jest jeszcze kawał drogi, a Dzień Osądu jest już bliski...
-Tak jest-odparł mężczyzna i ruszył wydać polecenia.
Ivar odszukał wzrokiem Ayrę. Była to młoda, ładna kobieta o kasztanowych, lekko falowanych włosach i szarych oczach. Wychwycił jej wzrok i skinął na nią. Kobieta była cała. Widać strumień ognia ani wrzące powietrze nie przebiło się przez jej bariery ochronne. Kobieta podeszła do niego.
-Tak?-zapytała ściszonym głosem.
Dla nikogo nie było nowością, że kobieta od dawna starała się o względy Ivara darząc go nieodwzajemnionym uczuciem. Odkąd podczas porodu umarła jego żona Ivar stronił od towarzystwa kobiet. Co złośliwszy snuli plotki, że zagustował w sodomickich stosunkach z innymi mężczyznami.
-Zajmij się tym-mruknął wskazując na rozległe rany na twarzy, szyi i rękach.
Kobieta zmarszczyła lekko drobny nosek. Poszła po swoją apteczkę i zaczęła oczyszczać ranę. Nacinała lekko naskórek spuszczając ropę. Przemyła całość z zanieczyszczeń, a potem zaczęła zasklepiać magią skórę. Ivar skrzywił się czując ból i rwanie, gdy organizm przymuszany był do natychmiastowej, przyspieszonej regeneracji tkanek. Po chwili skóra zarosła się zostawiając po ranach blade, rozległe blizny.
-Co złożymy w ofierze Mrocznej Pani?-zapytała niepewnie Ayra.
Ivar skrzywił się lekko.
-Na razie przejęliśmy magię może…4 wilków? To bardzo mało, ale są nadzwyczaj cwane. Zupełnie jakby miały rozum!
-Przestań… To niemożliwe. To tylko zwierzęta.-Uśmiechnęła się lekko.
-Niby tak, ale… Nie wiem. Jeśli przed dotarciem do Świątyni nie napełnimy jeszcze co najmniej 4 kryształów trzeba będzie rozejrzeć się za czymś innym…-powiedział i zarządził postój.
Ivar:

Baarvar:

Ayra:

Smok:

sobota, 4 stycznia 2014
Od Serenity
Nie czułam się zbyt dobrze. Ciągle byłam głodna, ale nigdzie mogłam znaleźć pożywienia. Trzy tygodnie temu odeszłam od watahy. Nie miałam wyboru. Wilki cały czas mnie dręczyły i wypominały moje pochodzenie. Byłam ostatnim na świecie wilkiem z klanu ognia. Można to odczytać, że narodziłam się z płomieni, ale to wcale nie tak. Moja matka została zabita. Ojciec też więc niewiele wiedziałam o swoim pochodzeniu. Byłam czarną wilczycą z piwnymi oczami. Nie cierpiałam ludzi. I zagryzałam na śmierć każdego nie przychylnego mi wilka. Truchtałam właśnie w stronę najbliższej groty kiedy usłyszałam trzask gałęzi. Obróciłam się i podniosłam uszy. Zastygłam bez ruchu wsłuchując się. Myślę, że to jeleń. Podkradłam się w kierunku którego dochodził dźwięk szelestania i gryzienia. Zwęszyłam innego wilka. Najpewniej była to Kerra jedna z Wilczyc z mojej byłej watahy. Była wścibska i denerwująca. Idealny obiad. Może nie powinnam tego robić, ale jestem tak strasznie głodna. Zaszłam Kerrę od tyłu i skoczyłam jej na grzbiet. Nawet się biedna nie zorientowała kiedy przegryzłam jej tętnicę. Upadła martwa na ziemię. Zorientowałam się, że właśnie spożywała świeżo upolowanego jelenia. Zjadłam obie zdobycze i ruszyłam w dalszą drogę. Pełna sił sprintem pokonywałam kolejne odległości. O zmierzchu dotarłam na skraj miasteczka Morelie. Mieszkało tak blisko dwa tysiące mieszkańców, ale większość z nich tak bardzo bała się wilków, że nie opuszczali swych domów. Zwolniłam i już spokojnym truchtem wbiegłam na główną drogę. Nagle z nikąd pojawiły się przed mną trzy wilki. Moriarti, Arsen i Krolin, byli oni przewodnictwem mojej poprzedniej watahy. Niespodziewanie Krolin rzuciła się na mnie i ostatnie co zobaczyłam to jej rozwarte szczęki przed moim nosem. Obudziłam się zlana potem i z drżącymi łapami. Ledwo stałam. Rozejrzałam się. Spokojnie Serenity już wszystko dobrze. To był tylko zły sen, wspomnienie. Jesteś bezpieczna. Znów się położyłam. Zasypiając myślałam o tym jakie to ja mam szczęście, że należę do watahy Firefly.
piątek, 3 stycznia 2014
Od Animae CD Thalii
Uśmiechnęłam się, patrząc na zgrabną sylwetkę narysowanego na papierze wilka. Nieźle jak na pierwszy raz.
- Chodź, powiesimy to nad twoim posłaniem. - zaproponowałam - Żeby wszyscy wiedzieli, że należysz do watahy.
Wilczyca ostrożnie podniosła rysunek i przypięła go w odpowiednim miejscu.
- Wygląda ślicznie. - pochwaliłam.
- Ty też masz takie nad swoim posłaniem? - zaciekawiła się Thalia.
- Nie dokładnie takie. - uśmiechnęłam się, wskazując na mój kącik.
- Wow, ładne. - wilczątko podeszło do mojego posłania i oparło się przednimi łapami o ozdobioną drobiazgami ścianę - Sama to wszystko robiłaś?
- Nie wszystko. - roześmiałam się - Zobacz, tą muszelkę na sznurku dostałam od Mirificusa. Tamte piórka znalazł dla mnie Sanguis; miałam robić poduszeczkę na igły i poprosiłam go, żeby poszukał kilka, a on przyniósł takie śliczne i kolorowe, że szkoda mi było je chować i po prostu powiesiłam je na haczyku. O, a ten plik kartek to szkice Nasira. Zastanawialiśmy się, jak można by urządzić jaskinie sypialne.
- Mój wilk się nie umywa...
- Nasir miał więcej czasu, żeby ćwiczyć. - pocieszyłam ją.
- Myślisz, że też tak kiedyś będę umiała? - spytało wilczątko z nadzieją.
- Oczywiście, że tak. Pokażę ci, jak narysować papugę, chcesz?
- Super! - oczy Thali zabłysły z ekscytacją - A umiesz rysować jeszcze inne ptaki?
- Sokoła, wronę, bociana, kolibra, strusia... Może nawet wróbla. Ale nie jestem tak dobra jak Nasir.
- Musisz dużo ćwiczyć. - oznajmiła wilczyca z powagą.
Wybuchnęłam śmiechem.
Wilczątko wyszczerzyło zęby w uśmiechu i odwróciło się z gracją, odbiegając w poszukiwaniu kolejnych kartek do rysowania. Odprowadziłam je wzrokiem zastanawiając się, jak długo będzie trwać faza wyparcia informacji o śmierci całej jej rodziny.
- Chodź, powiesimy to nad twoim posłaniem. - zaproponowałam - Żeby wszyscy wiedzieli, że należysz do watahy.
Wilczyca ostrożnie podniosła rysunek i przypięła go w odpowiednim miejscu.
- Wygląda ślicznie. - pochwaliłam.
- Ty też masz takie nad swoim posłaniem? - zaciekawiła się Thalia.
- Nie dokładnie takie. - uśmiechnęłam się, wskazując na mój kącik.
- Wow, ładne. - wilczątko podeszło do mojego posłania i oparło się przednimi łapami o ozdobioną drobiazgami ścianę - Sama to wszystko robiłaś?
- Nie wszystko. - roześmiałam się - Zobacz, tą muszelkę na sznurku dostałam od Mirificusa. Tamte piórka znalazł dla mnie Sanguis; miałam robić poduszeczkę na igły i poprosiłam go, żeby poszukał kilka, a on przyniósł takie śliczne i kolorowe, że szkoda mi było je chować i po prostu powiesiłam je na haczyku. O, a ten plik kartek to szkice Nasira. Zastanawialiśmy się, jak można by urządzić jaskinie sypialne.
- Mój wilk się nie umywa...
- Nasir miał więcej czasu, żeby ćwiczyć. - pocieszyłam ją.
- Myślisz, że też tak kiedyś będę umiała? - spytało wilczątko z nadzieją.
- Oczywiście, że tak. Pokażę ci, jak narysować papugę, chcesz?
- Super! - oczy Thali zabłysły z ekscytacją - A umiesz rysować jeszcze inne ptaki?
- Sokoła, wronę, bociana, kolibra, strusia... Może nawet wróbla. Ale nie jestem tak dobra jak Nasir.
- Musisz dużo ćwiczyć. - oznajmiła wilczyca z powagą.
Wybuchnęłam śmiechem.
Wilczątko wyszczerzyło zęby w uśmiechu i odwróciło się z gracją, odbiegając w poszukiwaniu kolejnych kartek do rysowania. Odprowadziłam je wzrokiem zastanawiając się, jak długo będzie trwać faza wyparcia informacji o śmierci całej jej rodziny.
czwartek, 2 stycznia 2014
Od Thalii
Leżąc w jaskini przyglądałam się z zaciekawieniem wilkom, które rozwieszały między drzewami jakaś wielką płachtę.
-Animae, co oni robią?-Wieszają baner naszej watahy.
-O! A ja tez mogę?-zapytałam.
-Wieszać? Nie. Ale możesz zrobić swój własny bannerek.-powiedziała Animae podając mi kartkę. -Narysuj tutaj to co ci się kojarzy z tą watahą.
-Czyli co na przykład?
-No... na przykład wilka.-Animae wykręciła się po kredki.-Rysowałaś już kiedyś?
-Mmm... Nie. Jak to się robi?
-Popatrz.-wilczyca wzięła kredkę.-Po prostu jeździsz kredka po kartce. O tak.
Wzięłam kredkę, wysunęłam koniuszek języka i zaczęłam rysować. Po kilku chwilach na kartce pojawił się wilk.

-Dziękuje. Co z tym teraz zrobimy?-zapytałam.
Animae?
Od Farilla CD Sanguisa
Kiedy tamten osobnik wyszedł, szamanka zaczęła swą prace. Mamrotała coś pod nosem, z tego co usłyszałem to mówiła coś, że zajmie jej to kilka godzin. W momencie zetknięcia się igły z mym ciałem poczułem przeszywający ból. Przed sobą ujrzałem drzewa wyrastające w moim kierunku. Przybierały one dziwne kształty, a liście płonęły. Po paru minutach chata się rozpadła, chciałem biec, ale szamanka przypięła mnie do stołu. Wyrósł już cały las, a ja byłem pośrodku. Po korze spływała krew, a z koron dobiegały krzyki cierpienia. Za szamanką widać było wilki płonące w ogniu. Moja rodzina wpychała je na stosy. Nagle wszystkie drzewa spłonęły, a na ich miejscu pojawiła się kałuża krwi. Posoka zaczęła latać i utworzyła ogromnego wilka. Jego paszcza się rozwarła, i zaczął zmierzać w moim kierunku. Panika sprawiła że zawyłem, na co szamanka odpowiedziała, żebym się uspokoił. Wszystko zniknęło, byłem tylko ja i Taiga. Wraz z nią leciałem przez nicość. W ciemności pojawiły się gwiazdy, a z nich wyleciały duchy, które złączyły się w jedną całość. Był to wizerunek wyroczni z watahy do której kiedyś należałem. Jej mocny głos rozbrzmiał w całej pustce. Mówiła, że demon rzucił na mnie czar. Według niej w niektórych momentach, będę tracił nad sobą kontrole, a moja moc będzie silniejsza na ten czas. Abym mógł to opanować miałbym wyruszyć na wyprawę do starych ruin, gdzie miały nauczyć mnie tego cztery duchy. Potraktowałem to jak czystą bzdurę. Przelecieliśmy przez jej twarz, a po moich plecach spływała krew. Ukazała mi się jaskinia, która wyglądała jak mój dom. Gdy do niej wlecieliśmy ujrzałem miejsce mordu, którego, dla własnego dobra musiałem dokonać. Ojciec wstał, a jego bok szpeciła długa wyrwa. Zawył i reszta rodziny wstała, lecz po chwili wszyscy spłonęli. Z dymu utworzyła się twarz demona która krzyczała "zginiesz". Czułem jakby głowa mi pękała. Dym zniknął. W tym momencie halucynacje się skończyły.
- Robota skończona!- Krzyknęła zadowolona Taiga- Co do halucynacji mogą się jeszcze pojawiać. Na razie idź z Sanguisem do watahy i odpocznij. Sanguis!-
Zawołała.
(Sanguis dokończysz?)
- Robota skończona!- Krzyknęła zadowolona Taiga- Co do halucynacji mogą się jeszcze pojawiać. Na razie idź z Sanguisem do watahy i odpocznij. Sanguis!-
Zawołała.
(Sanguis dokończysz?)
środa, 1 stycznia 2014
Od Sanguisa CD Farilla
- Witam. – powiedziałem z zaskoczeniem, obrzucając nieznanego mi wilka uważnym spojrzeniem. Wyglądał, jakby miał się zaraz przewrócić. – Czy mogę ci jakoś pomóc?
- Nazywam się Farill. – wymamrotał nieznajomy – Przepraszam, czy naruszyłem twój teren? Potrzebuję tylko schronienia na jedną noc…
- Wydaje mi się, że potrzebujesz więcej niż schronienia. – pokręciłem głową – Przede wszystkim trzeba cię opatrzyć, ta rana nie wygląda zbyt dobrze. Chodź, zaprowadzę cię do naszej szamanki, ona będzie wiedziała, co robić.
- Dziękuję. – wymamrotał Farill z ulgą – Nie spodziewałem się spotkać nikogo na tych terenach…
- Nasza wataha mieszka tu od niedawna, ale nie mamy nic przeciwko obcym. Mam na imię Sanguis i chwilowo zastępuję naszą alfę.
- Nie będzie jej przeszkadzać, jeśli zostanę tu na parę dni?
- Myślę, że bardziej wkurzyłaby się, gdybym pozwolił ci gdzieś iść w tym stanie. Masz własną watahę?
- Już nie. – wymamrotał wilk. Coś powstrzymało mnie przed wypytywaniem go o dalsze szczegóły.
- Więc możesz zostać z nami. Dream jest otwarta na nowych członków, zresztą pozostali też.
- Jak na razie marzę tylko o tym, żeby pójść spać i zapomnieć o wszystkim. – odpowiedział Farill cicho.
- Jesteśmy już pod chatką szamanki. Możesz oprzeć się o moje ramię. – zaproponowałem – Taiga jest naprawdę cudotwórczynią, wyleczy twoją ranę szybciej niż się spodziewasz.
Pchnąłem drzwi chatki i wprowadziłem ociekającego wodą wilka do środka. Szamanka zerwała się na równe nogi, dopadając nas jednym susem i pomagając mi ułożyć Farilla wygodnie.
- A temu co się stało, na litość? – spytała zdumiona, wpatrując się w osłupieniu z ranę na grzbiecie wilka – Takiej wydzieliny nie widuje się na co dzień, wygląda mi to na robotę demona i to piekielnie doświadczonego w walce. Kto cię tak urządził?
- Nie uwierzysz, ale moja własna rodzina. – mruknął wilk ponuro.
- Możesz to wyleczyć? – spytałem zaniepokojony.
Taiga skinęła głową, w skupieniu zmywając maź z sierści Farilla i odsłaniając paskudną ranę z rodzaju tych, które goją się miesiącami.
- Lepiej będzie, jeśli trochę tu zostaniesz, mój drogi. – wymruczała do wilka, pochylając się nad nim z igłą i nicią – Zagojenie tego może chwilę potrwać.
- Więc mogę przyłączyć się do watahy? – spytał, rzucając mi zaniepokojone spojrzenie.
Uśmiechnąłem się zawadiacko.
- Właśnie to zrobiłeś. – odpowiedziałem.
< Farill, dokończysz?>
- Nazywam się Farill. – wymamrotał nieznajomy – Przepraszam, czy naruszyłem twój teren? Potrzebuję tylko schronienia na jedną noc…
- Wydaje mi się, że potrzebujesz więcej niż schronienia. – pokręciłem głową – Przede wszystkim trzeba cię opatrzyć, ta rana nie wygląda zbyt dobrze. Chodź, zaprowadzę cię do naszej szamanki, ona będzie wiedziała, co robić.
- Dziękuję. – wymamrotał Farill z ulgą – Nie spodziewałem się spotkać nikogo na tych terenach…
- Nasza wataha mieszka tu od niedawna, ale nie mamy nic przeciwko obcym. Mam na imię Sanguis i chwilowo zastępuję naszą alfę.
- Nie będzie jej przeszkadzać, jeśli zostanę tu na parę dni?
- Myślę, że bardziej wkurzyłaby się, gdybym pozwolił ci gdzieś iść w tym stanie. Masz własną watahę?
- Już nie. – wymamrotał wilk. Coś powstrzymało mnie przed wypytywaniem go o dalsze szczegóły.
- Więc możesz zostać z nami. Dream jest otwarta na nowych członków, zresztą pozostali też.
- Jak na razie marzę tylko o tym, żeby pójść spać i zapomnieć o wszystkim. – odpowiedział Farill cicho.
- Jesteśmy już pod chatką szamanki. Możesz oprzeć się o moje ramię. – zaproponowałem – Taiga jest naprawdę cudotwórczynią, wyleczy twoją ranę szybciej niż się spodziewasz.
Pchnąłem drzwi chatki i wprowadziłem ociekającego wodą wilka do środka. Szamanka zerwała się na równe nogi, dopadając nas jednym susem i pomagając mi ułożyć Farilla wygodnie.
- A temu co się stało, na litość? – spytała zdumiona, wpatrując się w osłupieniu z ranę na grzbiecie wilka – Takiej wydzieliny nie widuje się na co dzień, wygląda mi to na robotę demona i to piekielnie doświadczonego w walce. Kto cię tak urządził?
- Nie uwierzysz, ale moja własna rodzina. – mruknął wilk ponuro.
- Możesz to wyleczyć? – spytałem zaniepokojony.
Taiga skinęła głową, w skupieniu zmywając maź z sierści Farilla i odsłaniając paskudną ranę z rodzaju tych, które goją się miesiącami.
- Lepiej będzie, jeśli trochę tu zostaniesz, mój drogi. – wymruczała do wilka, pochylając się nad nim z igłą i nicią – Zagojenie tego może chwilę potrwać.
- Więc mogę przyłączyć się do watahy? – spytał, rzucając mi zaniepokojone spojrzenie.
Uśmiechnąłem się zawadiacko.
- Właśnie to zrobiłeś. – odpowiedziałem.
< Farill, dokończysz?>
Subskrybuj:
Posty (Atom)