Spałam na piasku, w jedynym suchym miejscu, bo ukrytym pod wielkim dębem. Wczorajsza ulewa nie uszczędziła żadnego liścia, kwiata, ani źdźbła trawy. Para z rozgrzanej porannym słońcem ziemi unosiła się do chmur. Nagle poczułam wstrząsy, coraz mocniejsze. Krople deszczu z liści mojego dębu zaczeły spadać na mój nos.
-Co do...- nie zdążyłam dokończyć. Powietrze przeszył niski, głuchy ryk. Karibu. Nie zdążyłam pomyśleć, a już musiałam odskoczyć przed ogromnym cielęciem. Karibu nie opuszczają swoich łąk bez powodu. Nad wzgórzem krążyły sępy i kruki. Pobiegłam do Akaymona. W końcu jest wojownikiem.
-Ktoś tam jest.
(Akaymon, dokończ proszę.)
sobota, 1 marca 2014
Od Akaymona
Już od dość dawna byłem członkiem watahy Firefly. Czułem się tu jak w domu, wszyscy członkowie szanowali się nawzajem, konflikty były czymś rzadkim. Innymi słowy odpoczynek, o jakim marzyłem od dawna. Dzień dobiegał końca, więc wyszedłem z jaskini kierując się do pobliskiego lasu. Przystanąłem, gdy mym oczom ukazał się kontur wilczycy. Siedziała na niedużym wzniesieniu w towarzystwie białego kruka. Z tego, co kojarzyłem była nowa. Podszedłem do niej nie czając się. Nie chciałem jej wystraszyć.
-Cześć!-rzuciłem starając się zachowywać swobodnie.
Wilczyca drgnęła lekko. Była piękna.
-Oh! Witaj…-powiedziała ze zwieszoną głową.
-Jesteś nowa, no nie? Mów mi Akaymon, a Ty jesteś…?-zapytałem.
-Rozalia. Ale mów mi Roz.-Uśmiechnęła się lekko.
-Bardzo ładnie. Jak Ci się u nas podoba?-Przysiadłem się do niej.
-Klimat, który tu panuje jest cudowny. Wszyscy są mili, ale… potrzebuję trochę czasu by się zaaklimatyzować.
-Rozumiem. Miałem to samo. To Twój kompan?-Spojrzałem na pięknego, białego ptaka.
-Tak. Ma na imię Noir. To mój…przewodnik i przyjaciel.
Przewodnik? O co mogło jej chodzić? Dopiero po chwili do mnie dotarło czemu nie patrzy się innym w oczy i jest taka nieśmiała. Zrozumiałem, że musi inaczej odbierać otaczający nas świat. Nie przeszkadzało mi to ani trochę.
-Cudowny. Dobrze jest mieć kogoś, na kogo można liczyć-powiedziałem.
-To prawda. Jest niezastąpiony!-Zaśmiała się cicho.
-Słuchaj, może masz ochotę gdzieś się jutro wybrać, by trochę oswoić się z naszymi terenami? Chętnie opowiem Ci trochę o tej watasze.-Zaproponowałem czekając na jej odpowiedź.
< Roz?>
-Cześć!-rzuciłem starając się zachowywać swobodnie.
Wilczyca drgnęła lekko. Była piękna.
-Oh! Witaj…-powiedziała ze zwieszoną głową.
-Jesteś nowa, no nie? Mów mi Akaymon, a Ty jesteś…?-zapytałem.
-Rozalia. Ale mów mi Roz.-Uśmiechnęła się lekko.
-Bardzo ładnie. Jak Ci się u nas podoba?-Przysiadłem się do niej.
-Klimat, który tu panuje jest cudowny. Wszyscy są mili, ale… potrzebuję trochę czasu by się zaaklimatyzować.
-Rozumiem. Miałem to samo. To Twój kompan?-Spojrzałem na pięknego, białego ptaka.
-Tak. Ma na imię Noir. To mój…przewodnik i przyjaciel.
Przewodnik? O co mogło jej chodzić? Dopiero po chwili do mnie dotarło czemu nie patrzy się innym w oczy i jest taka nieśmiała. Zrozumiałem, że musi inaczej odbierać otaczający nas świat. Nie przeszkadzało mi to ani trochę.
-Cudowny. Dobrze jest mieć kogoś, na kogo można liczyć-powiedziałem.
-To prawda. Jest niezastąpiony!-Zaśmiała się cicho.
-Słuchaj, może masz ochotę gdzieś się jutro wybrać, by trochę oswoić się z naszymi terenami? Chętnie opowiem Ci trochę o tej watasze.-Zaproponowałem czekając na jej odpowiedź.
< Roz?>
Od Elviry
Pewnego deszczowego poranka, stała się najgorsza rzecz w moim życiu. Wstałam jak zawsze, bardzo wcześnie spodziewając się kolejnej lekcji nauki polowania z mamą. Gdy otworzyłam oczy nie zobaczyłam w jaskini nikogo. Zaczęłam nawoływać całą watahę.
-Mamo! - wołałam. Nikt jednak nie odpowiadał. Postanowiłam wyjść z jaskini zobaczyć czy może po prostu zasnęli gdzieś za jaskinią. I wtedy moje serce przeszył ostry ból. Zobaczyłam martwe ciała całej watahy. Zaczęłam bezgłośnie płakać. Nie mogłam znieść myśli, że już nigdy nie poczuje miłości, jaką dawała mi moja mama. Nikt nie nauczy mnie polować, nikt...Przerwałam swoje rozmyślania, uświadomiwszy sobie, że czyha na mnie niebezpieczeństwo. Kto zamordował moich rodziców, zamorduje i mnie! Musiałam uciekać i to natychmiast. Wędrowałam samotnie, nie łudząc się, że sobie poradzę. Wiedziałam, że prędzej czy później coś mi się stanie i najzwyczajniej w świecie umrę z głodu. Wędrowałam 3 lata, zatrzymując się na jakiś czas w różnych watahach. W końcu gdy zmęczyło mnie życie krótkiego osiedlania się, postanowiłam zaufać jednej watasze, której nigdy nie opuszczę. Gdy pewnej ciemnej i chłodnej nocy padłam w lesie ze zmęczenia, usłyszałam jakiś obcy głos. Był to głos jakiejś wadery. Otworzyłam oczy, wyczuwając podstęp.
-Kim jesteś? - spytałam złowrogo.
-Jestem Samicą Alfa watahy Firefly. Mam na imię Dream. - mówiła.
-Wr..-warczałam mimowolnie. - Jestem Elvira.
-Dołączysz do nas? - uśmiechnęła się Alfa, przyjaźnie. Zdziwił mnie jej gest, ale pozytywnie.
-Pewnie! - zyskiwałam do niej zaufanie. Przedstawiła mnie reszcie watahy i tak oto się tu znalazłam.
-Mamo! - wołałam. Nikt jednak nie odpowiadał. Postanowiłam wyjść z jaskini zobaczyć czy może po prostu zasnęli gdzieś za jaskinią. I wtedy moje serce przeszył ostry ból. Zobaczyłam martwe ciała całej watahy. Zaczęłam bezgłośnie płakać. Nie mogłam znieść myśli, że już nigdy nie poczuje miłości, jaką dawała mi moja mama. Nikt nie nauczy mnie polować, nikt...Przerwałam swoje rozmyślania, uświadomiwszy sobie, że czyha na mnie niebezpieczeństwo. Kto zamordował moich rodziców, zamorduje i mnie! Musiałam uciekać i to natychmiast. Wędrowałam samotnie, nie łudząc się, że sobie poradzę. Wiedziałam, że prędzej czy później coś mi się stanie i najzwyczajniej w świecie umrę z głodu. Wędrowałam 3 lata, zatrzymując się na jakiś czas w różnych watahach. W końcu gdy zmęczyło mnie życie krótkiego osiedlania się, postanowiłam zaufać jednej watasze, której nigdy nie opuszczę. Gdy pewnej ciemnej i chłodnej nocy padłam w lesie ze zmęczenia, usłyszałam jakiś obcy głos. Był to głos jakiejś wadery. Otworzyłam oczy, wyczuwając podstęp.
-Kim jesteś? - spytałam złowrogo.
-Jestem Samicą Alfa watahy Firefly. Mam na imię Dream. - mówiła.
-Wr..-warczałam mimowolnie. - Jestem Elvira.
-Dołączysz do nas? - uśmiechnęła się Alfa, przyjaźnie. Zdziwił mnie jej gest, ale pozytywnie.
-Pewnie! - zyskiwałam do niej zaufanie. Przedstawiła mnie reszcie watahy i tak oto się tu znalazłam.
Od Loneris
Lekko uschła trawa szeleściła pod moimi łapami. Zginając tylne kończyny gwałtownie stanęłam, gdy zobaczyłam płynącą przede mną szybkim nurtem rzekę. Przeprawa była niemożliwa. Zaczęłam biec wzdłuż rzeki. Nie znałam tych terenów. Posłannicy, lub raczej wojownicy mojej byłej alphy gonili mnie już przez parę kilometrów. Ile można? No dobra... Może trochę przesadziłam atakując alphe. Gdy pomyślałam o tym, obnażyłam kły w uśmiechu. Moje zęby w szyi alphy... To było coś. Dalej czułam lekką goryczka krwi na języku. Nagle usłyszałam wycie. To oni. Na polance, gdzie właśnie stałam, pojawiły się wrogie wilki. Rozejrzałam się wokoło. Dostrzegłam małą półkę skalną nade mną. Skupiłam się i pojawiłam się na niej. Wilki pode mną zirytowany się.
-Loneris, to ty, czy jakaś mysz?- pomyślałam.
Wróciłam na dół. Trzy wilki zawarczały, ja także. Zniknęłam. Ugryzłam czarnego wilka w szyję. Zaskomlał, ale nie widział mnie. Jeszcze 5 minut niewidzialności. Zagryzłam zęby. Hmmm... Wpadłam na pomysł. Połowa starej watahy nie znała moich mocy. Pazurami dobiłam szarego wilka. Padł. Wspięłam się na drzewo i zaczęłam skakać po gałęziach, robiąc straszny rumor. Tamci uciekli z podwiniętymi ogonami. Zmęczona walką położyłam się na ziemi. Zdałam sobie sprawę, że nikogo tu nie znam. Nagle usłyszałam wycie. Z zarośli wyszedł wilk. Nie znałam go, nie był z mojej starej watahy. Szybko podniosłam się i zjeżyłam futro na karku.
(Kto dokończy?)
-Loneris, to ty, czy jakaś mysz?- pomyślałam.
Wróciłam na dół. Trzy wilki zawarczały, ja także. Zniknęłam. Ugryzłam czarnego wilka w szyję. Zaskomlał, ale nie widział mnie. Jeszcze 5 minut niewidzialności. Zagryzłam zęby. Hmmm... Wpadłam na pomysł. Połowa starej watahy nie znała moich mocy. Pazurami dobiłam szarego wilka. Padł. Wspięłam się na drzewo i zaczęłam skakać po gałęziach, robiąc straszny rumor. Tamci uciekli z podwiniętymi ogonami. Zmęczona walką położyłam się na ziemi. Zdałam sobie sprawę, że nikogo tu nie znam. Nagle usłyszałam wycie. Z zarośli wyszedł wilk. Nie znałam go, nie był z mojej starej watahy. Szybko podniosłam się i zjeżyłam futro na karku.
(Kto dokończy?)
Od Rozalii
Pod łapami czułam miękką, nagrzaną od słońca ziemię. Czułam na pysku promienie słońca. W uszach słyszałam delikatny szum liści poruszanych wiatrem, świergot słowików i stukanie dzięciołów. W trawie niedaleko buszowała mała polna mysz. W powietrzu unosił się zapach trawy, ziemi i dzikich kwiatów. Widziałam... widziałam nic. Pustkę.
Od urodzenia jestem niewidoma. Niestety nie znam swojej rodziny. Zostałam porzucona jako szczenię. Sama nie wiem jak sobie dotychczas radziłam. Może tylko dzięki Noir nadal żyję?
Od roku szukam watahy. Niestety, żadna dotychczas nie chciała mnie przyjąć ze względu na moje kalectwo. Nie chcieli kolejnego wilka, którego trzeba by było dokarmiać. Podróżowałam tak bardzo długo. Nie wiem, czy to były tygodnie, miesiące, a może lata?
Żywiłam się tym, co znalazł mi Noir. Często i gęsto były to niedokończone resztki posiłku innych wilków, czyli same kości, czasami skóra i drobinki mięsa. Nauczyłam się po zapachu rozpoznawać jadalne, lecznicze oraz trujące rośliny. Te jadalne jadłam, żeby zaspokoić głód spowodowanym brakiem mięsnego pokarmu.
Pewnego dnia kiedy leżałam w trawie słuchając świergotu ptaków poczułam czyjąś obecność. Obecność wilka. Powoli wstałam, Noir siedział delikatnie na mojej głowie, lecz po chwili zerwał się i zaczął krakać mi do ucha.
-Et cessabit Noir. (uspokój się Noir) - uciszyłam przyjaciela. - Jest tu kto? - powiedziałam, starając wyczuć z której strony stoi ów wilk. Aura postaci mówiła mi, że zbliża się z mojej lewej strony.
-Witaj, jestem Dream. - z głosu wywnioskowałam, że ten wilk jest waderą.
-Rozalia. - powiedziałam krótko lekko przestraszona obecnością wilczycy. Nie wiedziałam jakie ma zamiary, czy mnie zaatakuje czy po prostu chce ze mną porozmawiać. - A mój towarzysz to Noir. Przepraszam, jeśli weszłam na twój teren. Nie wiedziałam...
< Dream? ^.^ >
Od urodzenia jestem niewidoma. Niestety nie znam swojej rodziny. Zostałam porzucona jako szczenię. Sama nie wiem jak sobie dotychczas radziłam. Może tylko dzięki Noir nadal żyję?
Od roku szukam watahy. Niestety, żadna dotychczas nie chciała mnie przyjąć ze względu na moje kalectwo. Nie chcieli kolejnego wilka, którego trzeba by było dokarmiać. Podróżowałam tak bardzo długo. Nie wiem, czy to były tygodnie, miesiące, a może lata?
Żywiłam się tym, co znalazł mi Noir. Często i gęsto były to niedokończone resztki posiłku innych wilków, czyli same kości, czasami skóra i drobinki mięsa. Nauczyłam się po zapachu rozpoznawać jadalne, lecznicze oraz trujące rośliny. Te jadalne jadłam, żeby zaspokoić głód spowodowanym brakiem mięsnego pokarmu.
Pewnego dnia kiedy leżałam w trawie słuchając świergotu ptaków poczułam czyjąś obecność. Obecność wilka. Powoli wstałam, Noir siedział delikatnie na mojej głowie, lecz po chwili zerwał się i zaczął krakać mi do ucha.
-Et cessabit Noir. (uspokój się Noir) - uciszyłam przyjaciela. - Jest tu kto? - powiedziałam, starając wyczuć z której strony stoi ów wilk. Aura postaci mówiła mi, że zbliża się z mojej lewej strony.
-Witaj, jestem Dream. - z głosu wywnioskowałam, że ten wilk jest waderą.
-Rozalia. - powiedziałam krótko lekko przestraszona obecnością wilczycy. Nie wiedziałam jakie ma zamiary, czy mnie zaatakuje czy po prostu chce ze mną porozmawiać. - A mój towarzysz to Noir. Przepraszam, jeśli weszłam na twój teren. Nie wiedziałam...
< Dream? ^.^ >
Od Dream CD Mirificusa
Oczywiście, że poszłam za nim. Tunel zdawał się nie mieć końca, brak jakiegokolwiek światła również nas spowalniał, musieliśmy trzymać się blisko ścian uważając jednocześnie pod nogi. Z czasem gładka posadzka stawała się coraz mniej gładka i, szczerze, wolałam nie wiedzieć co się na niej znajdowało. Wystarczyła mi świadomość, że wplątałam się kilka razy w pajęczyny i nie mogłam pozbyć się wrażenia, że coś wędruje po mojej lewej ręce.
Oszczędzałam też siły na czarowanie czegoś ważniejszego niż grupa świetlików. Coś mi podpowiadało, że to nie jest zwyczajna piwnica czy choćby droga ucieczki poza miejskie mury.
W końcu jednak udało nam się dojść do tego, czemu ktoś ukrywał ten tunel. Jak do tej pory słyszałam jedynie własne i Mirificusa kroki, w tamtej jednak chwili do moich uszu dotarł zupełnie inny dźwięk - głośne wycie wilka. Nie było co do tego wątpliwości.
Minęliśmy kolejny zakręt i w oddali ukazało się światło. Nie było to jednak słońce. Rozpoznałam jasny blask błękitnej rudy. W normalnych warunkach byłoby to możliwe dopiero po uderzeniu kamienia. Aby świecił nieprzerwanie należało poddać go skomplikowanej obróbce, na której znało się niewiele osób, z tego powodu był to drogi materiał. Skoro znalazł się tutaj, musi to być raczej dość ważne miejsce i nie zostałoby pozostawione samemu sobie. Teoretycznie. Mieliśmy szczęście i do wielkiej sali weszliśmy bez problemów.
Naszym oczom ukazała się wielka jaskinia, której centrum stanowiła arena z wyrytymi runicznymi znakami. Krąg przedzielony był na dwie połowy - poza układem znaków różniły się tym, że tylko na jednej części stał niewysoki, kamienny postument. Dookoła areny piętrzyły się drewniane konstrukcje, które wyglądały na obszerne trybuny. W tej chwili prócz nas nie było na nich żywej duszy.
Rozległo się kolejne wycie. Dzięki temu zdołałam namierzyć właściwe drzwi, jedne z kilku, które znajdowały się po drugiej stronie jaskini. Nie czekając dłużej pobiegliśmy przed siebie.
Po chwili staliśmy w dość długim i szerokim korytarzu. Na przeciwko nas wypatrzyłam kolejne drzwi, największe z wszystkich, które tu widziałam. Po środku sufit podtrzymywały dwa rzędy zdobionych kolumn. Nie to jednak najbardziej zwróciło moją uwagę. Wstrzymałam na chwilę oddech widząc ustawione przy bocznych ścianach korytarza liczne klatki. Najgorsze było to, że nie były puste...
Podbiegłam do najbliżej znajdującego się wilka. Choć był słaby, dał radę wydać z siebie cichy warkot. Zaraz potem dołączyła do niego reszta więźniów.
-Spokojnie -szepnęłam i zaraz potem wymówiłam słowa znanego powszechnie pozdrowienia. Zgodnie z rodzajem zaklęcia jakie na nas rzuciłam, pomimo zmiany postaci nadal mogliśmy rozmawiać z wilkami-Jesteśmy przyjaciółmi.
Zamiast odpowiedzi usłyszałam tylko głośniejszy warkot.
-Jak to możliwe... -odezwał się natomiast głos obok. Młoda wadera przysunęła się bliżej krat- Rozumiesz nas? Przecież jesteś...
-Zmienionym w człowieka wilkiem. To długa historia -kucnęłam obok jej klatki. Kamień spadł mi z serca, przez chwilę bowiem poważnie zastanawiałam się, czy na pewno u żyłam odpowiedniego zaklęcia- Odpowiedz mi szybko na kila pytań. Gdzie są ludzie?
-Dosłownie chwile temu wyszli przez tamte drzwi -wskazała na odległe, wielkie wrota- Prowadzą na zewnątrz. Przyprowadzili nowego i odeszli.
-Wiesz, gdzie trzymają tu klucze?
-Środkowa skrzynka przy wyjściu, przynajmniej tak pamiętam. Jest zabezpieczona szyfrem. Spytajcie kogoś, kto siedzi bliżej i mógł go podpatrzeć -zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Mirificus biegł już, żeby się tym zająć- Na prawdę nas uwolnicie? -spytała wilczyca spytała z nadzieją.
-Przynajmniej mam taki zamiar -potaknęłam- Od jak dawna tu jesteś?
-Już nie pamiętam... -pokręciła głową- Na pewno nie tak długo jak on -zwróciła wzrok na małomównego sąsiada- Któregoś dnia zaprowadzili go do wielkiej sali a gdy wrócił... Od tamtej pory nie odezwał się ani słowem.
Przygryzłam wargę.
-Tak jak myślałam...
-To tutaj odbierają nam magię i przelewają ją w kryształy -dokończył za mnie- Wszyscy byśmy tak skończyli, gdyby nie wy!
-Jeszcze nic nie zrobiliśmy -poprawiłam- A nie mogliście sami użyć magii, żeby się uwolnić?
-Niestety, to miejsce chroni inne zaklęcie, które nie pozwala nam używać własnych.
Mirificus przyszedł z kluczami i otworzył klatkę, w której przebywał wilk, później wilczyca, a potem właściwie jakieś pięćdziesiąt innych zamków. Zza krat wyłaniały się postacie w różnym wieku, zdrowe, trochę mniej zdrowe, niemal wszyscy jednak byli w stanie iść o własnych nogach. Wyjątkiem były dwa czarne szczeniaki. Leżały nieprzytomne i nie daliśmy rady ich obudzić.
-Mogły dostać za dużo środka usypiającego, którego używają łowcy -wyjaśnił któryś z uwolnionych już wilków- Widać były wyjątkowo waleczne.
Wzięliśmy je więc na ręce i tak wielką grupą skierowaliśmy się do wyjścia.
Jak tylko otworzyliśmy wrota, przed nami stanęli uzbrojeni, lecz przerażeni strażnicy. Nic dziwnego, w końcu teraz, gdy wilki nie ograniczało już zaklęcie dały pokaz swoich zdolności. W ten sposób zostaliśmy znów sami.
Oprócz tych dwóch nieprzytomnych szczeniaków każdy miał dokąd wracać. Na przykład ta pierwsza wilczyca, z którą rozmawiałam, miała na imię Nedarya, odnalazła się w tłumie ze swoim narzeczonym i razem z nim wróciła do swojej Watahy Zielonych Koniczyn, gdzieś daleko na północ stąd.
I nam trzeba było już wracać do siebie. Po usłyszeniu mnóstwa razy "dziękuję" skierowaliśmy się do Lasu Chetwood. Już na czterech łapach.
Gdybym nie trzymała na grzbiecie małej, podskoczyłabym z radości wysoko do góry. Wszystkie kwiaty dookoła nas zakwitły reagując na moje emocje. Jak dobrze znów być we własnej skórze!
Postanowiliśmy, że szczeniaki weźmiemy do Taigi, ona na pewno będzie potrafiła się nimi zająć. A potem... kto wie? Może zostaną w Watasze?
Jedno jednak było pewne: nasza wyprawa zakończyła się powodzeniem. Zdobyliśmy potrzebną książkę (a nawet kilka innych dodatkowych), uwolniliśmy magiczne wilki i przede wszystkim uszliśmy tego wszystkiego z życiem.
<THE END, chyba że chcesz Mirificus coś jeszcze dodać ;3>
Oszczędzałam też siły na czarowanie czegoś ważniejszego niż grupa świetlików. Coś mi podpowiadało, że to nie jest zwyczajna piwnica czy choćby droga ucieczki poza miejskie mury.
W końcu jednak udało nam się dojść do tego, czemu ktoś ukrywał ten tunel. Jak do tej pory słyszałam jedynie własne i Mirificusa kroki, w tamtej jednak chwili do moich uszu dotarł zupełnie inny dźwięk - głośne wycie wilka. Nie było co do tego wątpliwości.
Minęliśmy kolejny zakręt i w oddali ukazało się światło. Nie było to jednak słońce. Rozpoznałam jasny blask błękitnej rudy. W normalnych warunkach byłoby to możliwe dopiero po uderzeniu kamienia. Aby świecił nieprzerwanie należało poddać go skomplikowanej obróbce, na której znało się niewiele osób, z tego powodu był to drogi materiał. Skoro znalazł się tutaj, musi to być raczej dość ważne miejsce i nie zostałoby pozostawione samemu sobie. Teoretycznie. Mieliśmy szczęście i do wielkiej sali weszliśmy bez problemów.
Naszym oczom ukazała się wielka jaskinia, której centrum stanowiła arena z wyrytymi runicznymi znakami. Krąg przedzielony był na dwie połowy - poza układem znaków różniły się tym, że tylko na jednej części stał niewysoki, kamienny postument. Dookoła areny piętrzyły się drewniane konstrukcje, które wyglądały na obszerne trybuny. W tej chwili prócz nas nie było na nich żywej duszy.
Rozległo się kolejne wycie. Dzięki temu zdołałam namierzyć właściwe drzwi, jedne z kilku, które znajdowały się po drugiej stronie jaskini. Nie czekając dłużej pobiegliśmy przed siebie.
Po chwili staliśmy w dość długim i szerokim korytarzu. Na przeciwko nas wypatrzyłam kolejne drzwi, największe z wszystkich, które tu widziałam. Po środku sufit podtrzymywały dwa rzędy zdobionych kolumn. Nie to jednak najbardziej zwróciło moją uwagę. Wstrzymałam na chwilę oddech widząc ustawione przy bocznych ścianach korytarza liczne klatki. Najgorsze było to, że nie były puste...
Podbiegłam do najbliżej znajdującego się wilka. Choć był słaby, dał radę wydać z siebie cichy warkot. Zaraz potem dołączyła do niego reszta więźniów.
-Spokojnie -szepnęłam i zaraz potem wymówiłam słowa znanego powszechnie pozdrowienia. Zgodnie z rodzajem zaklęcia jakie na nas rzuciłam, pomimo zmiany postaci nadal mogliśmy rozmawiać z wilkami-Jesteśmy przyjaciółmi.
Zamiast odpowiedzi usłyszałam tylko głośniejszy warkot.
-Jak to możliwe... -odezwał się natomiast głos obok. Młoda wadera przysunęła się bliżej krat- Rozumiesz nas? Przecież jesteś...
-Zmienionym w człowieka wilkiem. To długa historia -kucnęłam obok jej klatki. Kamień spadł mi z serca, przez chwilę bowiem poważnie zastanawiałam się, czy na pewno u żyłam odpowiedniego zaklęcia- Odpowiedz mi szybko na kila pytań. Gdzie są ludzie?
-Dosłownie chwile temu wyszli przez tamte drzwi -wskazała na odległe, wielkie wrota- Prowadzą na zewnątrz. Przyprowadzili nowego i odeszli.
-Wiesz, gdzie trzymają tu klucze?
-Środkowa skrzynka przy wyjściu, przynajmniej tak pamiętam. Jest zabezpieczona szyfrem. Spytajcie kogoś, kto siedzi bliżej i mógł go podpatrzeć -zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Mirificus biegł już, żeby się tym zająć- Na prawdę nas uwolnicie? -spytała wilczyca spytała z nadzieją.
-Przynajmniej mam taki zamiar -potaknęłam- Od jak dawna tu jesteś?
-Już nie pamiętam... -pokręciła głową- Na pewno nie tak długo jak on -zwróciła wzrok na małomównego sąsiada- Któregoś dnia zaprowadzili go do wielkiej sali a gdy wrócił... Od tamtej pory nie odezwał się ani słowem.
Przygryzłam wargę.
-Tak jak myślałam...
-To tutaj odbierają nam magię i przelewają ją w kryształy -dokończył za mnie- Wszyscy byśmy tak skończyli, gdyby nie wy!
-Jeszcze nic nie zrobiliśmy -poprawiłam- A nie mogliście sami użyć magii, żeby się uwolnić?
-Niestety, to miejsce chroni inne zaklęcie, które nie pozwala nam używać własnych.
Mirificus przyszedł z kluczami i otworzył klatkę, w której przebywał wilk, później wilczyca, a potem właściwie jakieś pięćdziesiąt innych zamków. Zza krat wyłaniały się postacie w różnym wieku, zdrowe, trochę mniej zdrowe, niemal wszyscy jednak byli w stanie iść o własnych nogach. Wyjątkiem były dwa czarne szczeniaki. Leżały nieprzytomne i nie daliśmy rady ich obudzić.
-Mogły dostać za dużo środka usypiającego, którego używają łowcy -wyjaśnił któryś z uwolnionych już wilków- Widać były wyjątkowo waleczne.
Wzięliśmy je więc na ręce i tak wielką grupą skierowaliśmy się do wyjścia.
Jak tylko otworzyliśmy wrota, przed nami stanęli uzbrojeni, lecz przerażeni strażnicy. Nic dziwnego, w końcu teraz, gdy wilki nie ograniczało już zaklęcie dały pokaz swoich zdolności. W ten sposób zostaliśmy znów sami.
Oprócz tych dwóch nieprzytomnych szczeniaków każdy miał dokąd wracać. Na przykład ta pierwsza wilczyca, z którą rozmawiałam, miała na imię Nedarya, odnalazła się w tłumie ze swoim narzeczonym i razem z nim wróciła do swojej Watahy Zielonych Koniczyn, gdzieś daleko na północ stąd.
I nam trzeba było już wracać do siebie. Po usłyszeniu mnóstwa razy "dziękuję" skierowaliśmy się do Lasu Chetwood. Już na czterech łapach.
Gdybym nie trzymała na grzbiecie małej, podskoczyłabym z radości wysoko do góry. Wszystkie kwiaty dookoła nas zakwitły reagując na moje emocje. Jak dobrze znów być we własnej skórze!
Postanowiliśmy, że szczeniaki weźmiemy do Taigi, ona na pewno będzie potrafiła się nimi zająć. A potem... kto wie? Może zostaną w Watasze?
Jedno jednak było pewne: nasza wyprawa zakończyła się powodzeniem. Zdobyliśmy potrzebną książkę (a nawet kilka innych dodatkowych), uwolniliśmy magiczne wilki i przede wszystkim uszliśmy tego wszystkiego z życiem.
<THE END, chyba że chcesz Mirificus coś jeszcze dodać ;3>
czwartek, 6 lutego 2014
Od Animae CD Nasira
Pierwsza noc odkąd wyruszyliśmy okazała się być przyjemnie ciepła i cieszyłam się, że dzięki wyprawie w nieznane miałam pretekst, by spać pod gołym niebem. Znaleźliśmy przytulne miejsce tuż przy wartkim strumyku, osłonięte bujną roślinnością od reszty świata, po czym położyliśmy się blisko siebie, nie mając nawet sił na rozmowę. Sanguis zaczął chrapać, gdy tylko zamknął powieki, a Nasir zawtórował mu minutę później. Odwróciłam się na plecy, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo i poddając się ogarniającemu mnie zmęczeniu.
Mój sen zaczął się zwyczajnie. Tropiłam dzikiego królika, który raz po raz migał mi między drzewami, jakby się ze mną drażnił. Podążając jego śladem, dotarłam do niewielkiej, obsypanej kwiatami polanki i zatrzymałam się, chłonąc opływające mnie zapachy. Gdy otworzyłam oczy, otaczali mnie łowcy – każdy z nich trzymał wycelowaną w moim kierunku kuszę, a ich oczy lśniły czystą nienawiścią. Ponownie zamknęłam powieki, ale obraz nie zniknął. Najeżyłam sierść, szczerząc kły i postanawiając, że nie poddam się bez walki. Pierwszy z łowców sięgnął po miecz, ale wtedy przed oczami mignął mi szary kształt i na mężczyznę rzuciła się smukła i zwinna wilczyca. Nie widziałam wyrazu jej pyska, ale słyszałam stłumiony krzyk łowcy, który po kilku sekundach zamienił się w bolesne jęki konającego. Wilczyca stanęła nad jego ciałem, oblizując się umoczonym we krwi językiem i ignorując mierzących do nas ludzi. Patrzyła mi prosto w oczy i chociaż nie potrafiłam przywołać ani jednego ostrego wspomnienia dotyczącego jej osoby, doskonale wiedziałam, kim była.
Moja matka pochyliła lekko głowę, szczerząc kły i wpatrując się we mnie wyczekująco.
Obudziłam się gwałtownie, przewracając się na brzuch i łapczywie łapiąc hausty chłodnego powietrza.
- To był tylko sen, to był tylko sen, to był tylko sen. – powtarzałam cicho, dysząc z wysiłkiem – Kolejny koszmar z rodzaju tych, jakie miewam co noc. Tylko sen, nic więcej.
Ale doskonale wiedziałam, że te słowa mnie nie uspokoją. Wypowiadałam je po każdym kolejnym koszmarze, a potem kładłam się z powrotem, marząc o śnie i jednocześnie się jego bojąc. Tym razem jednak nie byłam w stanie zasnąć ponownie. Spojrzałam na śpiącego spokojnie Sanguisa, a potem odwróciłam się, by zerknąć na Nasira, ale wilka nie było obok mnie. Zmarszczyłam brwi i wstałam, rozciągając zdrętwiałe mięśnie. Weszłam do strumienia, unosząc łeb i przymykając powieki. Czekałam, aż spokojne odgłosy uśpionego i czujnego jednocześni lasu uspokoją moje łomoczące serce.
- Animae?
Otworzyłam oczy, ale nie odwróciłam się, rozpoznawszy głos Nasira.
- Wszystko w porządku? – spytał wilk z troską.
- Czy wilczyca, która wstaje w środku nocy, żeby postać sobie z łapami w strumieniu i posłuchać wiatru to naprawdę aż tak dziwny widok?
Mogłabym przysiąc, że słyszałam, jak się uśmiecha. Odwróciłam się zwinnie, ochlapując go wodą.
- Często budzisz się, żeby postać w strumieniu? – zapytał Nasir uprzejmie, uchylając się jednocześnie przed szybującymi w jego stronę kropelkami.
- Coś mi mówi, że nie byłby to najdziwniejszy wilczy zwyczaj, jaki widziałeś. – odpowiedziałam, uśmiechając się blado.
- Prawdopodobnie nie. – przyznał.
- A ty co robisz na nogach o tej porze?
- Obudziłem się i nie mogłem już zasnąć. Wstałem, żeby się przespacerować i właśnie miałem wracać, ale moja nadzieja, że po prostu zasnę u twego boku, legła w gruzach, gdy cię tu zobaczyłem.
- Wszystko jeszcze przed nami. – mruknęłam, rzucając mu rozbawione spojrzenie.
- Więc może spacer? – zaproponował, wyciągając łapę w moim kierunku.
Kiwnęłam głową. Weszliśmy w las, idąc tak blisko siebie, że czułam jak nasze barki ocierają się o siebie.
- Co ci się śniło? – spytał cicho.
- Skąd wiesz…?
- Łatwo odczytać twoje emocje. Byłaś przygnębiona i przestraszona, ale nie zszokowana. Często miewasz takie koszmary, prawda?
- Co noc. – westchnęłam, wpatrując się we własne łapy.
- Chcesz powiedzieć mi, co ci się śniło?
- Właściwie zawsze śnię o tym samym. Dzisiaj po raz pierwszy zobaczyłam łowców, ale to nie oni byli najważniejsi.
Nasir milczał, wpatrując się we mnie badawczo. Nawet nie zauważyłam, kiedy doszliśmy do niewielkiej polanki i zatrzymaliśmy się na jej obrzeżu.
- Czasami jest tylko moja matka, tak jak dzisiaj. – powiedziałam stłumionym głosem – Czasami jest też mój ojciec. Zmienia się sceneria, ale zawsze robią to samo: mordują. W mojej obronie albo w moim towarzystwie, czasem nawet bez świadomości, że jestem obok.
- Czy to tak ich zapamiętałaś?
- Pamiętam ich ciepło, pamiętam smak mleka mojej matki, pamiętam leżenie w objęciach ojca... Nigdy nie widziałam ich polujących, zawsze przynosili zdobycze do mnie. - zawahałam się – A potem już ich nie było i od tego czasu widuje tylko ich wypaczone wizerunki w koszmarach sennych. Dlaczego tak się dzieje…?
Nasir westchnął cicho.
- Kojarzysz ich z bólem i stratą. – powiedział łagodnie – Może twój umysł przekształca te emocje w strach i dlatego pokazuje ci takie a nie inne obrazy.
- Przyzwyczaiłam się, że budzą mnie sny z krwią ich ofiar w roli głównej. – wyznałam – Ale wciąż nie potrafię tego zrozumieć. Nie byli mordercami.
- Oczywiście, że nie. – żachnął się mój towarzysz – Jesteś ich córką i to ty wiesz najlepiej.
Spojrzałam na niego z wdzięcznością. Uśmiechnął się, ale zanim zdążyłam odwzajemnić uśmiech, moje uszy zanotowały coś niepasującego do leśnego otoczenia.
Wychwycił ten dźwięk sekundę wcześniej niż ja. Następne, co poczułam, to jego ciało przygniatające mnie do ziemi i przekleństwa łowców, których bełt tkwił teraz w korze potężnego dębu.
Dokładnie tam, gdzie przed chwilą stałam.
- Animae! – głos Nasira obudził mnie z odrętwienia. Poderwałam się szybko, uchylając się przed kolejnym pociskiem. Jak łowcy nas znaleźli...? Nie mogli wiedzieć, że opuściliśmy nasz teren. Cóż, teraz już wiedzieli i bynajmniej im się to nie podobało. Na polanę wpadł czarny koń, którego jeździec trzymał wycelowaną w nas kuszę. Musiało być ich więcej, słyszałam tętent kopyt i ludzkie nawoływania. Nasir zaklął cicho. Odwróciliśmy się oboje i puściliśmy się biegiem przed siebie, kierując się w stronę strumienia. Kolejny bełt minął liznął moje ucho. Łowcy byli coraz bliżej.
- Tutaj! – krzyk goniącego nas mężczyzny był przepełniony nienawiścią. Usłyszałam głuchy odgłos, jaki jego buty wydały po zetknięciu z ziemią, a następnie świst kolejnego pocisku.
- Na bok! – Nasir wepchnął mnie między drzewa, ale moją jedyną myślą było, że nie zdążymy.
Powietrze przeszył okrzyk bólu i znajomy czarny kształt wyskoczył z pomiędzy drzew.
- Sanguisie! – wrzasnęłam.
Wilk rzucił się biegiem za nami, pozostawiając w tyle leżącego w kałuży krwi łowcę. Mknęliśmy lasem, wsłuchując się czujnie z odgłosy pościgu i skupiając się na nie tak łatwym zadaniu omijania drzew. Zza horyzontu zaczęło wyłaniać się czerwone słońce i trochę żałowałam, że nie mam czasu na podziwianie krajobrazu.
Biegnąć tuż obok strumienia nieoczekiwanie znaleźliśmy się na brzegu rzeki. Nie była szeroka, ale głęboka owszem.
- To nasza szansa. – warknął Sanguis, nie zwalniając ani na moment. – Będą musieli przeprowadzić konie przez bród, a trochę czasu im zajmie, zanim go w ogóle znajdą. Szybko! Animae, pomóż mi, musimy udźwignąć Nasira.
- Zwariowałeś? – zainteresował się wilk – Mogę przepłynąć.
- Tak, ponieważ mamy mnóstwo czasu na badanie nurtu, szukanie wirów i przeprawianie się przez te głazy. To tylko kilkoro uzbrojonych po zęby łowców.
- Sanguisie, puść mnie w tej chwili!
- Nasir, nie mamy czasu! – popędziłam go – Po prostu złap się mnie.
Wilk spojrzał na mnie podejrzliwie, ale posłuchał, wczepiając się we mnie mocno. Wystartowałam, na wpół lecąc, na wpół go holując, tak że gdy wylądowaliśmy po drugiej stronie miał do połowy zamoczoną sierść.
- Między drzewa, szybko! – zakomenderował Sanguis. Posłuchaliśmy go, znikając ludziom z oczu w momencie, w którym dopadli rzeki. Słyszeliśmy jeszcze ich pełne przekleństw okrzyki i kilka pojedynczych bełtów wbijających się w drzewa, ale nie zatrzymywaliśmy się, a odgłosy pościgu szybko zostały za nami.
< Nasir, dokończysz?>
Mój sen zaczął się zwyczajnie. Tropiłam dzikiego królika, który raz po raz migał mi między drzewami, jakby się ze mną drażnił. Podążając jego śladem, dotarłam do niewielkiej, obsypanej kwiatami polanki i zatrzymałam się, chłonąc opływające mnie zapachy. Gdy otworzyłam oczy, otaczali mnie łowcy – każdy z nich trzymał wycelowaną w moim kierunku kuszę, a ich oczy lśniły czystą nienawiścią. Ponownie zamknęłam powieki, ale obraz nie zniknął. Najeżyłam sierść, szczerząc kły i postanawiając, że nie poddam się bez walki. Pierwszy z łowców sięgnął po miecz, ale wtedy przed oczami mignął mi szary kształt i na mężczyznę rzuciła się smukła i zwinna wilczyca. Nie widziałam wyrazu jej pyska, ale słyszałam stłumiony krzyk łowcy, który po kilku sekundach zamienił się w bolesne jęki konającego. Wilczyca stanęła nad jego ciałem, oblizując się umoczonym we krwi językiem i ignorując mierzących do nas ludzi. Patrzyła mi prosto w oczy i chociaż nie potrafiłam przywołać ani jednego ostrego wspomnienia dotyczącego jej osoby, doskonale wiedziałam, kim była.
Moja matka pochyliła lekko głowę, szczerząc kły i wpatrując się we mnie wyczekująco.
Obudziłam się gwałtownie, przewracając się na brzuch i łapczywie łapiąc hausty chłodnego powietrza.
- To był tylko sen, to był tylko sen, to był tylko sen. – powtarzałam cicho, dysząc z wysiłkiem – Kolejny koszmar z rodzaju tych, jakie miewam co noc. Tylko sen, nic więcej.
Ale doskonale wiedziałam, że te słowa mnie nie uspokoją. Wypowiadałam je po każdym kolejnym koszmarze, a potem kładłam się z powrotem, marząc o śnie i jednocześnie się jego bojąc. Tym razem jednak nie byłam w stanie zasnąć ponownie. Spojrzałam na śpiącego spokojnie Sanguisa, a potem odwróciłam się, by zerknąć na Nasira, ale wilka nie było obok mnie. Zmarszczyłam brwi i wstałam, rozciągając zdrętwiałe mięśnie. Weszłam do strumienia, unosząc łeb i przymykając powieki. Czekałam, aż spokojne odgłosy uśpionego i czujnego jednocześni lasu uspokoją moje łomoczące serce.
- Animae?
Otworzyłam oczy, ale nie odwróciłam się, rozpoznawszy głos Nasira.
- Wszystko w porządku? – spytał wilk z troską.
- Czy wilczyca, która wstaje w środku nocy, żeby postać sobie z łapami w strumieniu i posłuchać wiatru to naprawdę aż tak dziwny widok?
Mogłabym przysiąc, że słyszałam, jak się uśmiecha. Odwróciłam się zwinnie, ochlapując go wodą.
- Często budzisz się, żeby postać w strumieniu? – zapytał Nasir uprzejmie, uchylając się jednocześnie przed szybującymi w jego stronę kropelkami.
- Coś mi mówi, że nie byłby to najdziwniejszy wilczy zwyczaj, jaki widziałeś. – odpowiedziałam, uśmiechając się blado.
- Prawdopodobnie nie. – przyznał.
- A ty co robisz na nogach o tej porze?
- Obudziłem się i nie mogłem już zasnąć. Wstałem, żeby się przespacerować i właśnie miałem wracać, ale moja nadzieja, że po prostu zasnę u twego boku, legła w gruzach, gdy cię tu zobaczyłem.
- Wszystko jeszcze przed nami. – mruknęłam, rzucając mu rozbawione spojrzenie.
- Więc może spacer? – zaproponował, wyciągając łapę w moim kierunku.
Kiwnęłam głową. Weszliśmy w las, idąc tak blisko siebie, że czułam jak nasze barki ocierają się o siebie.
- Co ci się śniło? – spytał cicho.
- Skąd wiesz…?
- Łatwo odczytać twoje emocje. Byłaś przygnębiona i przestraszona, ale nie zszokowana. Często miewasz takie koszmary, prawda?
- Co noc. – westchnęłam, wpatrując się we własne łapy.
- Chcesz powiedzieć mi, co ci się śniło?
- Właściwie zawsze śnię o tym samym. Dzisiaj po raz pierwszy zobaczyłam łowców, ale to nie oni byli najważniejsi.
Nasir milczał, wpatrując się we mnie badawczo. Nawet nie zauważyłam, kiedy doszliśmy do niewielkiej polanki i zatrzymaliśmy się na jej obrzeżu.
- Czasami jest tylko moja matka, tak jak dzisiaj. – powiedziałam stłumionym głosem – Czasami jest też mój ojciec. Zmienia się sceneria, ale zawsze robią to samo: mordują. W mojej obronie albo w moim towarzystwie, czasem nawet bez świadomości, że jestem obok.
- Czy to tak ich zapamiętałaś?
- Pamiętam ich ciepło, pamiętam smak mleka mojej matki, pamiętam leżenie w objęciach ojca... Nigdy nie widziałam ich polujących, zawsze przynosili zdobycze do mnie. - zawahałam się – A potem już ich nie było i od tego czasu widuje tylko ich wypaczone wizerunki w koszmarach sennych. Dlaczego tak się dzieje…?
Nasir westchnął cicho.
- Kojarzysz ich z bólem i stratą. – powiedział łagodnie – Może twój umysł przekształca te emocje w strach i dlatego pokazuje ci takie a nie inne obrazy.
- Przyzwyczaiłam się, że budzą mnie sny z krwią ich ofiar w roli głównej. – wyznałam – Ale wciąż nie potrafię tego zrozumieć. Nie byli mordercami.
- Oczywiście, że nie. – żachnął się mój towarzysz – Jesteś ich córką i to ty wiesz najlepiej.
Spojrzałam na niego z wdzięcznością. Uśmiechnął się, ale zanim zdążyłam odwzajemnić uśmiech, moje uszy zanotowały coś niepasującego do leśnego otoczenia.
Wychwycił ten dźwięk sekundę wcześniej niż ja. Następne, co poczułam, to jego ciało przygniatające mnie do ziemi i przekleństwa łowców, których bełt tkwił teraz w korze potężnego dębu.
Dokładnie tam, gdzie przed chwilą stałam.
- Animae! – głos Nasira obudził mnie z odrętwienia. Poderwałam się szybko, uchylając się przed kolejnym pociskiem. Jak łowcy nas znaleźli...? Nie mogli wiedzieć, że opuściliśmy nasz teren. Cóż, teraz już wiedzieli i bynajmniej im się to nie podobało. Na polanę wpadł czarny koń, którego jeździec trzymał wycelowaną w nas kuszę. Musiało być ich więcej, słyszałam tętent kopyt i ludzkie nawoływania. Nasir zaklął cicho. Odwróciliśmy się oboje i puściliśmy się biegiem przed siebie, kierując się w stronę strumienia. Kolejny bełt minął liznął moje ucho. Łowcy byli coraz bliżej.
- Tutaj! – krzyk goniącego nas mężczyzny był przepełniony nienawiścią. Usłyszałam głuchy odgłos, jaki jego buty wydały po zetknięciu z ziemią, a następnie świst kolejnego pocisku.
- Na bok! – Nasir wepchnął mnie między drzewa, ale moją jedyną myślą było, że nie zdążymy.
Powietrze przeszył okrzyk bólu i znajomy czarny kształt wyskoczył z pomiędzy drzew.
- Sanguisie! – wrzasnęłam.
Wilk rzucił się biegiem za nami, pozostawiając w tyle leżącego w kałuży krwi łowcę. Mknęliśmy lasem, wsłuchując się czujnie z odgłosy pościgu i skupiając się na nie tak łatwym zadaniu omijania drzew. Zza horyzontu zaczęło wyłaniać się czerwone słońce i trochę żałowałam, że nie mam czasu na podziwianie krajobrazu.
Biegnąć tuż obok strumienia nieoczekiwanie znaleźliśmy się na brzegu rzeki. Nie była szeroka, ale głęboka owszem.
- To nasza szansa. – warknął Sanguis, nie zwalniając ani na moment. – Będą musieli przeprowadzić konie przez bród, a trochę czasu im zajmie, zanim go w ogóle znajdą. Szybko! Animae, pomóż mi, musimy udźwignąć Nasira.
- Zwariowałeś? – zainteresował się wilk – Mogę przepłynąć.
- Tak, ponieważ mamy mnóstwo czasu na badanie nurtu, szukanie wirów i przeprawianie się przez te głazy. To tylko kilkoro uzbrojonych po zęby łowców.
- Sanguisie, puść mnie w tej chwili!
- Nasir, nie mamy czasu! – popędziłam go – Po prostu złap się mnie.
Wilk spojrzał na mnie podejrzliwie, ale posłuchał, wczepiając się we mnie mocno. Wystartowałam, na wpół lecąc, na wpół go holując, tak że gdy wylądowaliśmy po drugiej stronie miał do połowy zamoczoną sierść.
- Między drzewa, szybko! – zakomenderował Sanguis. Posłuchaliśmy go, znikając ludziom z oczu w momencie, w którym dopadli rzeki. Słyszeliśmy jeszcze ich pełne przekleństw okrzyki i kilka pojedynczych bełtów wbijających się w drzewa, ale nie zatrzymywaliśmy się, a odgłosy pościgu szybko zostały za nami.
< Nasir, dokończysz?>
Subskrybuj:
Posty (Atom)